Interior

Ostatecznie przejechaliśmy w 5 dni 1530 kilometrów, po prawie pustych drogach na południe od Alice Springs. Do tego zrobiliśmy też małe kilkadziesiąt kilometrów na piechotę, nie znaleźliśmy żadnych węży, wymarźliśmy na potęgę w nocy, a w dzień byliśmy przypiekani przez słońce (co u niektórych skończyło się dziwną opalenizną).

Outback okazał się bardzo różnorodny – łąka z pasącymi się krowami po dwóch kilometrach zmieniała się w porośnięte krzakami pagórki (oczywiście czerwone), które następnie przechodziły w rzadki las, który stawał się po jakimś czasie lasem martwych drzew by znowu zamienić się w jedno z poprzednich.

A kamper sprawował się całkiem nieźle:) Mimo że trochę głośny, to było w nim miejsce na wszystko – nawet po tym jak nasze rzeczy zwiększyły swoją objętość po rozpakowaniu znalazło się jeszcze trochę miejsca żeby upchnąć drewno na ognisko. Dawało się też wyprzedzać bardziej ostrożnych uczestników ruchu bo, jak nam poźniej powiedział mechanik, silnik od Toyoty Hilux montowany w tym modelu miał spory zapas mocy.

Piwo

Erldunda Roadhouse, zjazd ze Stuart Highway na Lasseter Highway. Zatrzymaliśmy się żeby zatankować i kupić napoje orzeźwiające na trasę po Czerwonym Centrum.
- Poproszę sześciopak VB.
- A dla kogo jest to piwo?
- Dla mnie?
I od razu, myśląc że 6 małych puszek piwa to może jakaś przesadna ilość na osobę, dodaję:
- I dla żony.
- Jesteś pewien?
- Noooo.
- A na pewno nie dla lokalsów na zewnątrz?
- Nie, dla mnie.
- Wiesz, bo sprzedawanie alkoholu Aborygenom tutaj jest nielegalne.
- To piwo jest dla mnie.
- Aha, no dobrze, ale wiesz, musiałem zapytać, bo to jest nielegalne.

Magnetic Island

Niecałe trzy dni na Maggie to zdecydowanie za mało. Klimat jest baardzo wakacyjny, mimo że to ylko 20 minut promem z Townsville. Plażowe wioski, plaże, mnóstwo ptaków (jak wszędzie zresztą), malownicze szlaki, no i walabie – to wszystko powoduje że chciałoby się zostać jeszcze kilka dni. Których niestety nie mieliśmy. Mimo tego plan zrealizowany – wrak Yongali obnurkowany (zdjęcia wkrótce), walabie i koale zobaczone:)

Litchfield, czyli shrimpies with the bubbly

Na pierwszą wycieczkę wybraliśmy się do parku Litchfield, najbliżej miasta Darwin. Skusił nas przede wszystkim rejs po rzece Adelaide, którą upatrzyly sobie krokodyle oraz tytułowe bubbly czyli szampan z widokiem na zachód słońca. Atrakcje te skusiły także kilkunastu emerytów, którzy z nami podróżowali:). Ale krokodyle w liczbie i rozmiarze dopisały, wodospady były bardzo malownicze, a szampan zaserwowany pod krewetki z widokiem na zachód słońca smakował wybornie. Północne Terytorium powitało nas wyjątkowo łagodnie.

Takie tam z ogrodu botanicznego

Pierwsze kroki po zrzuceniu rzeczy w hostelu skierowaliśy do ogrodu botanicznego – jedynej atrakcji, która była jeszcze czynna. Były roślinki, ptaki i bliżej nieokreślone (jeszcze) nadrzewne zwierzę. Największe wrażenie zrobił na nas ogromny latający lis który wyleciał z drzewa, o mały włos nie wplątując się Magdzie we włosy, na hasło „to chyba mały szary ptaszek tak hałasuje”. Później okazało się, że jest ich w Darwin całkiem sporo i całkiem sprawnie latają pomiędzy blokami.

Australia zimą

No to dolecieliśmy. Już po 20 godzinach w podróży powitał nas zimowy australijski kontynent, bo jak wiadomo, tutaj wszystko jest na odwrót. Kraj – kontynent powitał nas deszczem, zimnem i ekstra cłem za Piotrka fajki:) Ale w ogrzewanym pokoju nadgonilismy jetlag i dziś jesteśmy gotowi na podbój tropikalnego Terytorium Północnego.

1237 stopni

Na zakończenie naszego pobytu w Tajlandii zdecydowaliśmy się jeszcze zwiedzić okolice Ao Nang, bo trochę nam było wstyd, że jeszcze tam nie dotarliśmy. Wybraliśmy się więc najpierw do miasta Krabi, by podziwiać symbol miasta -  pomnik krabów:) Sam pomnik miał w sobie urok porównywalny do wielkiego gipsowego homara z Bali, ale znajdował się przynajmniej w miłym otoczeniu rzeki, z której wyrastały wapienne skały. Po obfotografowaniu się z krabami z Krabi pojechaliśmy do sławnej Świątyni Tygrysa. Świątynia ta, oprócz tygrysa, który kiedyś podobnież w niej mieszkał, słynie głównie z 1237 stopni, które do niej prowadzą. Droga była naprawdę ciężka i długa z licznymi zdychającymi turystami po drodze i super głośnymi tajskimi uczniami. Do tej pory nie wiem, czy ci drudzy wdrapywali się na górę w ramach lekcji w-fu czy religii. Wspinaczkowe męczarnie wynagrodził nam widok z góry. Niestety ból nóg towarzyszył nam jeszcze parę dni. Ze świątyni zbieraliśmy się w popłochu bo w planie było jeszcze nabycie trwałych i mniej trwałych pamiątek z Tajlandii oraz, a jakże by inaczej, pożegnalny obiad i imprezka. Wszystko to udało się doskonale i znowu przyszedł czas trudnych rozstań, tym razem z Claire i jej znajomymi. Mam nadzieję, że szybko tutaj wrócimy, bo takiej przyjaznej atmosfery nie ma w wielu centrach nurkowych. W nocy udało nam się jeszcze spakować, wyrzucając część bagażu i już nad ranem gotowi byliśmy na rozpoczęcie ostatniego etapu naszej podróży, tym razem do domu.

Similiany, czyli dive-eat-sleep-repeat

Nasze safari na Similanach było jednym z tych idealnych. Po pierwsze i najważniejsze: ekipa. Pojechaliśmy w szóstkę nurków zebranych wokół The Dive, czyli centrum nurkowego, gdzie pracuje przyjaciółka z Hogi – Claire. W naszej doborowej szóstce była jeszcze mama Claire, instruktor i divemaster. Towarzystwo okazało się być nad wyraz dobrane i nurkowo i imprezowo z mamą Claire na czele:) Po znajomości dostaliśmy podobnież najlepszego (i najbardziej nieśmiałego) przewodnika Taja – Tika. Tik oprócz znajdywania ekstremalnie małych i rzadkich rzeczy pod wodą, wsławił się tym, że za każdym razem po poinformowaniu go o zasobach powietrza dziękował pod wodą robiąc wai oraz tym, że ciągle przepraszał, że nic nie znalazł i że jest ślepy. Fajnie by było, żeby „tak ślepych” było jeszcze paru azjatyckich przewodników. No więc tutaj przeszłam już do drugiego punktu warunkującego udane safari, czyli przewodnika i firmy z którą się jedzie. Popłynęliśmy z Khao Lak Scuba Adventures i był to doskonały wybór – wszystko chodziło jak w zegarku, nie było żadnych problemów, plan był realizowany konsekwentnie z całkowitym dopasowaniem do potrzeb klientów. A no i jeszcze załoga, która była naprawdę miła i profesjonalna, nie zadufana w sobie, nie przemęczona i nie obrażona na wszystko (a takie połączenie spotyka się rzadko). Dodatkowo inni pasażerowie łodzi, może z paroma wyjątkami, byli całkiem w porządku, więc nie było żadnych konfliktów.

A no i jeszcze nurkowania, to trzeci, choć jak widzicie, nie jedyny warunek sukcesu:) Similany zapamiętaliśmy z poprzedniego razu jako średnio interesujące miejsce nurkowe. Nie zobaczyliśmy wtedy nic większego, nurkowania były krótkie, często pod prąd, a nasz polski przewodnik pozostawiał wiele do życzenia. Tym razem wykorzystaliśmy nasze nurki do cna, zanurzając się codziennie po 4 razy i oglądając wszystko to, czego nie udało nam się zobaczyć wcześniej. Co ciekawe, nie były to tylko manty, których naoglądaliśmy się do woli, ale także wiele naprawdę rzadkich makro stworów, które okazały się mieszkać na Similanach. Nurki były długie i relaksujące, no może z wyjątkiem dwóch – trzech z silnym prądem. Jedyne, czego nie udało nam się zobaczyć, to rekin wielorybi. No, ale nie można mieć wszystkiego:)