Arak attack!

Po Gilisach wróciliśmy do Sanuru, który ma dla nas pewien urok, a na pewno czujemy się w nim lepiej niż w Ubud. Mieszkaliśmy blisko lokalnego marketu, więc byliśmy w centrum wydarzeń. Udało nam się na przykład uczestniczyć w promocji miejscowych papierosów, w ramach której odbywały się… balijskie tańce. W Sanur Piotrek zrealizował wreszcie powzięty jeszcze w Polsce plan, polegający na wypiciu drinka o wymownej nazwie Arak Attack. W jego skład wchodzi arak, czyli miejscowy bimber palmowy, sok z limonki i coś jeszcze. Co ciekawe, mimo iż drink figuruje w w większości menu na Bali i w okolicach, nigdzie oprócz Sanuru nie można go było dostać. Wszędzie arak się „akurat skończył”. Być może ma to związek z paroma zatruciami arakiem w ostatnim czasie, albo kontrolą licencji na sprzedaż araku, którą przeprowadzała balijska policja. Nie wiemy. Na wszelki wypadek Piotrek zastosował strategię ochronną i zaraz po spożyciu araku zaczął go rozwadniać jedynym skutecznym na takie okoliczności lekarstwem:) Ostatni nasz dzień na Bali spędziliśmy z Olą i jej rodziną na Balangan Beach. Obserwowaliśmy surferów pływając w krystalicznych skalnych basenach stworzonych przez odpływ. Niechętnie wracaliśmy do miasta wiedząc, że następnego dnia rozpoczynamy 30 – sto parogodzinną podróż do Tajlandii. Ale cóż, coś się kończy, coś zaczyna:)

Gili T

O ile Ubud można nazwać turystycznym butikiem, o tyle do Gili Trawangan, zwanym po ziomalsku Gili T, bardziej pasuje określenie taniej imprezowni. Największa z trzech wysp Gili ma w sobie urok głównie dla tych, których cieszą trzy wielkie techno imprezy w tygodniu, największe w okolicy zagęszczenie barów na metr kwadratowy i duża ilość tanich hosteli i taniego jedzenia. Oczywiście nie miejmy złudzeń, że takie życie jest aż tak tanie – piwo to największy koszt pobytu na Gilisach. Dodatkowo należałoby dodać koszty substancji pobudzających świadomość, których na Gilisach jest w bród. Nie sposób przemierzyć wyspy bez kilku zapytań „smoke?”, „marihuana?”, „weed?”, „mushrooms?”, „champignon?” (nie wiem jak to się pisze, ale jeden pan był pewien, że Piotrek jest Francuzem i że taka oferta go skusi). Dla niewtajemniczonych – nie chodziło o sprzedaż pieczarek:) Dla nas Gili było głównie stacją przesiadkową i wracać tam ochoty nie mamy. Choć trzeba przyznać, że zachody słońca z widokiem na balijską górę Agung są tu przepiękne, a na północy wyspy znaleźć można naprawdę fajne miejsca do snorklingu. Pod wodą udało mi się spotkać orlenia, co samo w sobie było przerzyciem niezwykłym. Dosyć długo patrzyliśmy na siebie z nieufnością (orleń jest jednak sporą rybą) i wreszcie pomalutku odpłynął w toń. Gdyby nie moje totalnie beznadziejne umiejętności filmowania pod wodą, można by go jeszcze długo podziwiać. Nic to, następnym razem postaram się go nie obciąć w połowie…

Gili Meno czyli prawie jak w Raju

Wypad na Gili Meno okazał się być strzałem w dziesiątkę. Chyba pierwszy raz się tak naprawdę odprężylśmy zarówno dzięki temu co pod wodą, jak i nad wodą. Całą wyspę można obejść w półtorej godziny, choć nigdy nie udało nam się tego dokonać w ciągu dnia – zawsze wracaliśmy do domu po ciemku. Wyspę otacza piękna plaża i kilka klimatycznych barów. Jeden port, ze trzy warungi (czyli lokalne restauracje), dwa centra nurkowe i ot, całe centrum wyspy. Przy plażach rozsianych jest jeszcze parę droższych hoteli i one wraz z centrum tworzą pierwszy świat – turystyczny. Drugi świat – lokalny, znajduje się w środku wyspy. Jest tu bowiem wioska, z własnym całkiem sporym i głośnym meczetem, z lokalnymi sklepami, z bojowymi kogutami i warungiem tia, którego kucharka robi doskonały nasi bunkus (ryż z wszytkim po trochu). Gdy zamawia się nasi bunkus po angielsku płaci się 15 000 rupii (1,5 dolara), gdy po indonezyjsku 10 000. Nasz indonezyjski po mału staje się dla miejscowych coraz czytelniejszy, choć jeszcze długa droga przed nami:) W środku wyspy znajdują się jeszcze dwa zadziwiające miejsca. Jedno to słone jezioro, zamieszkałe przez całą rzeszę ptactwa, w tym, na nasze niewprawne oko, conajmniej dwa gatunki czapli. Jezioro jest zarośnięte mangrowcami, które się w nim odbijają, co tworzy niesamowity widok podczas zachodu słońca. Droga prowadząca do jeziora też jest swego rodzaju atrakcją, ale tylko dla tych o mocnych nerwach. Nzawaliśmy ją roboczo Aleją Pająków i nie jest to nazwa podchwytliwa.  Drzewa rosnące przy tej drodze są bowiem całe otoczone pajączynami, na których mieszkają naprawdę ogromne pająki. Po ciemku szliśmy tamtędy tylko raz i tylko dlatego, że nie wiedzieliśmy jeszcze o specyfice wybranej drogi. Żaden pająk na nas wtedy nie zapolował, ale lepiej nie kusić losu:)

Żółwik na wolności

Na Gili Meno znajduje się także sanktuarium żółwi. Prowadzi je Bolong, który od lat zbiera żółwie jaja pozostawione na plaży, opiekuje się nimi aż do wyklucia żółwików, a potem zajmuje się maluchami dopóki te nie osiągną kilku miesięcy i wtedy wpuszcza je do wody. Możecie zadać pytanie po co to robi, skoro do tej pory wszystko to odbywało się samoistnie, bez ingerencji człowieka. Tyle, że ta ingerencja jest odpowiedzią na inną, także naszą oczywiście. Żółwie jaja są w okolicy bardzo cennym towarem – mieszkańcy Lombok sprzedają je po zawrotnych cenach na targach. To już zmniejsza szanse na wyklucie. Po drugie w błyskawicznym tempie giną plaże, zagospodarowywane na resorty i żółwice nie mają gdzie składać jaj. Po trzecie wraz ze wzrostem rybołówstwa coraz więcej żółwi ginie zaplątanych w wielkie rybackie sieci. Jest jeszcze kilka powodów, które sprawiają, że liczba żółwi się szybko zmniejsza. Tak więc, w skrócie, Bolong zwiększa po prostu szanse przeżycia żółwików w najtrudniejszym dla nich okresie, kiedy są najbardziej wrażliwe na działania człowieka i innych naturalnych wrogów. Sanktuarium utrzymuje się w dużej mierze z datków. Jednym ze sposobów ich zbierania jest możliwość „wypuszczenia żółwia” do morza. W jednym z basenów Bolong trzyma te żółwie, które dorosły już do wypuszczenia. Jeśli nie ma chętnych – wypuszcza je sam. Jeśli są – tym lepiej. Jako, że idea tego co dzieje się w sanktuarium do mnie przemawia, postanowiłam wypuścić do morza jednego z jego małych mieszkańców. Przyznam, że nieco się stresowałam – wyobrażałam sobie, że żółw zawraca z plaży, albo że na niej zostaje, albo, że się topi, albo że wpada zaraz w jakąś sieć. Ale, o dziwo, żółw jak tylko poczuł piasek pod płetwami, śmignął z prędkością iście nie żółwiową i odpłynął radząc sobie doskonale z falami, łódkami i rafą. Mam nadzieję, że urośnie duży i będzie żył całe 90 lat:)

Żółwiowe królestwo

Wyspy Gili zapamiętamy jako miejsce wyjątkowo „żółwiowe”. Praktycznie każde wejście do wody, czy to na snorkeling czy nurkowanie, wiązało się ze spotkaniem żółwia albo dwóch. Oprócz żywych żółwi w wodzie, sporo budynków jest przyozdobionych mniej lub bardziej udanymi malunkami żółwi. Mój ulubiony to budka na generator, cały czas nie wiem co urządzenie zamieniające benzynę na prąd ma wspólnego z żółwiem.

Oprócz żółwi pod wodą mnóstwo innych stworzeń, dużych, średnich i małych. Z ciekawszych wymienię trupę tańczących krewetek, leaf scorpionfish, garden eels (polskich nazw nie mogę znaleźć:/) no i rekiny, którym przerwaliśmy drzemkę na piasku.

Tubylcy, przynajmniej część z nich, zdają sobie sprawę z bogactwa, które mają pod powierzchnią wody, wzdłuż plaży ustawione są znaki z jednej strony (od wody) zakazujące kotwiczenia, a z drugiej (od ulicy) proszące przechodzących o nie niszczenie rafy. Do części tubylców informacja o szkodliwości dotykania zwierząt dla tych ostatnich jeszcze nie dotarła. Wygląda na to, że uważają że żółwie same w sobie nie są wystarczająco ciekawe. Żeby turyści byli naprawdę zadowoleni ze snorkelingu należy takiego żółwia znaleźć, zagonić w stronę grupy żeby wszyscy mogli go pomacać albo chociaż kopnąć, a na koniec zakręcić gadem parę ósemek.

Na razie są jeszcze żółwie, które potrafią odprężyć się w wygodnej gąbce :)

Bliższe i dalsze okolice Ubud

W czasie pobytu w Ubud udało nam się wybrać na kilka wycieczek w dalsze i bliższe okolice Ubud, czyli właściwie do środkowej części Bali. To, co rzuca się najbardziej w oczy to ryż. Ryż jest wszędzie – zarówno w uprawie tarasowej, jak i „płaskiej”, kiedy wygląda jak młode żyto. Na małych poletkach znajduje się ryż w różnej fazie wzrostu – od dopiero co wsadzonego, aż po wielkie łodygi z dojrzałymi do zbiorów ziarnami. Na polach wre praca ręczna – widać całe rodziny zajęte pracą w polu. No i oczywiście kapliczki, żeby nad uprawami czuwały dobre duchy.

Z pól ryżowych co i raz wyłaniają się świątynie. Kilka z nich zrobiło na nas ogromne wrażenie. Przede wszystkim Pura Besakih, jedna z najważniejszych na wyspie. Ustrojona na okoliczność ceremonii, pełna Balijczyków w odświętnych strojach, głośna i ogromna. Napotkana w niej rodzina nie tylko się ze mną obfotografowała, ale także przećwiczyła angielski i poczęstowała tym, co do świątyni przyniosła, czyli owocami i waflami. Na marginesie: fenomen robienia sobie ze mną zdjęć trwa. Niezależny on od stroju, ani od dnia, nawet od wyznania osoby, która chce mieć ze mną zdjęcia. W Pura Taman Ayun robiły sobie ze mną zdjęcia także indonezyjskie muzułmanki. Ogólnie przyzwyczajam się do myśli, że znajdę się w wielu albumach na iPadach, iPhonach i innych dziwnych nośnikach. Świątynia Tirta Empul także pełna była pielgrzymów, którzy kąpali się w wodzie ze świętego źródła. Pura Taman Ayun i Pura Ulun Danu Bratan były dla odmiany bardziej okupowane przez turystów, niż przez Balijczyków. Być może jest to spowodowane ich niezwykłym położeniem, które także przyczyniło się do wpisania je na listę UNESCO. Taman Ayun, zwana Świątynią – Matką, jest otoczona dwiema fosami, z których jedna cała zarośnięta jest kwiatami. Na wyspie w jednym rzędzie znajduje się kilka świątynnych wierz, które tworzą niepowtarzalny widok. Ulun Danu Bratan jest zaś położona nad samym jeziorem Danau Baratan i wygląda, jak by się w nie zanurzała.

Zupełnie innych charakter mają miejsca silniej związane z historią wyspy. W pochodzącej z XI wieku Goa Gajah (Elephnt Cave) można obejrzeć jaskinię z pomnikiem Ganesha i trzy lingamy. W Semara Pura Complex znajdującym się w mieście o bajecznej nazwie Klungkung można obejrzeć sąd najwyższy królestwa Klungkung z XVIII wieku, kiedy rządziła w nim dynastia Dewa Agung. Zachowany jest wciąż pięknie zdobiony „pływający pawilon” stojący pośrodku jeziorka. W Gunug Kawi zobaczyliśmy dziesięć starożytnych kaplic (candi) wykutych z kamienia. Kaplice poświęcone były prawdopodobnie rodzinie Anak Wsungu, który rządził Bali. Jedna z teorii mówi, że część pomników poświęconych jest jego żonom, druga część konkubinom a jeden, ukryty w polu ryżowym, jego tajemniczej kochance. Jak było nie wiemy, ale ta ostatnia kaplica robi duże wrażanie, tak jak tarasowe pole ryżowe, w którym jest ukryta.

Niektóre z tych miejsc zwiedziliśmy podczas wycieczki zorganizowanej przez miejscową Informację Turystyczną. Jak każda wycieczka zorganizowana, ta także zawierała element wytwórczo-sprzedażowy. Przy okazji próbowaliśmy sobie z Piotrkiem przypomnieć różne dziwne wytwórnie towarów, które znajdowały się na trasie naszych wcześniejszych wycieczek. W Tunezji były to perfumy i dywany, w Egipcie papirus, w Wietnamie kokosowe cukierki. Naszym faworytem pozostaje Turcja z fabryką kożuchów, zwiedzaną w środku lata. Wracając do Bali – w tym przypadku była to mini plantacja kawy. Takich przybytków jest tutaj całkiem sporo, a w nich mini ogródek: parę kakaowców, parę krzaków kawy, wanilia, ananas, imbir. Dodatkowo w takich miejscach prezentowany jest proces parzenia kawy i oczywiście sławna w całym świecie kopi luwak, czyli najdroższa kawa świata. Dla tych co nie wiedzą, jest to kawa, która najpierw zjedzona jest przez cywetę, a następnie przez nią wydalona i dopiero wtedy czyszczona i prażona. W ogródku, który zwiedzaliśmy były też cywety. I tutaj mała dygresja. Nie wiem dlaczego, ale bardzo długo wyobrażałam sobie proces zbierania tej kawy bardzo naiwnie. Otóż jest sobie wielka plantacja kawy, po której swobodnie biegają cywety i raz na jakiś czas ktoś ową plantację przechodzi i zbiera to, co po cywecie zostało. Nic bardziej mylnego. Cywety siedzą w maleńkich klatkach, w których nie mogą się za bardzo ruszać, więc często chorują. Są karmione owocami i kawą, tak żeby proces zbierania odchodów był jak najprostszy. Szczerze powiedziawszy widok chorych i upapranych odchodami cywet skutecznie zniechęcił nas do picia kawy luwak. Bo oczywiście cała wycieczka po ogrodzie kończy się wizytą w sklepie i licznymi zachętami do zakupu tej właśnie kawy. Kawy nie kupiliśmy. Przy okazji objazdu po wsypie mogliśmy także podziwiać wulkan Batur. Oczywiście byłoby fajnie móc na niego wejść, ale tym razem nie starczyło nam czasu. Szykujemy się na wulkan Rinjani na Lomboku i wulkany na Jawie. Na razie musi nam wystarczyć tylko panorama z górą w tle.