Arak attack!

Po Gilisach wróciliśmy do Sanuru, który ma dla nas pewien urok, a na pewno czujemy się w nim lepiej niż w Ubud. Mieszkaliśmy blisko lokalnego marketu, więc byliśmy w centrum wydarzeń. Udało nam się na przykład uczestniczyć w promocji miejscowych papierosów, w ramach której odbywały się… balijskie tańce. W Sanur Piotrek zrealizował wreszcie powzięty jeszcze w Polsce plan, polegający na wypiciu drinka o wymownej nazwie Arak Attack. W jego skład wchodzi arak, czyli miejscowy bimber palmowy, sok z limonki i coś jeszcze. Co ciekawe, mimo iż drink figuruje w w większości menu na Bali i w okolicach, nigdzie oprócz Sanuru nie można go było dostać. Wszędzie arak się „akurat skończył”. Być może ma to związek z paroma zatruciami arakiem w ostatnim czasie, albo kontrolą licencji na sprzedaż araku, którą przeprowadzała balijska policja. Nie wiemy. Na wszelki wypadek Piotrek zastosował strategię ochronną i zaraz po spożyciu araku zaczął go rozwadniać jedynym skutecznym na takie okoliczności lekarstwem:) Ostatni nasz dzień na Bali spędziliśmy z Olą i jej rodziną na Balangan Beach. Obserwowaliśmy surferów pływając w krystalicznych skalnych basenach stworzonych przez odpływ. Niechętnie wracaliśmy do miasta wiedząc, że następnego dnia rozpoczynamy 30 – sto parogodzinną podróż do Tajlandii. Ale cóż, coś się kończy, coś zaczyna:)