Gili Meno czyli prawie jak w Raju

Wypad na Gili Meno okazał się być strzałem w dziesiątkę. Chyba pierwszy raz się tak naprawdę odprężylśmy zarówno dzięki temu co pod wodą, jak i nad wodą. Całą wyspę można obejść w półtorej godziny, choć nigdy nie udało nam się tego dokonać w ciągu dnia – zawsze wracaliśmy do domu po ciemku. Wyspę otacza piękna plaża i kilka klimatycznych barów. Jeden port, ze trzy warungi (czyli lokalne restauracje), dwa centra nurkowe i ot, całe centrum wyspy. Przy plażach rozsianych jest jeszcze parę droższych hoteli i one wraz z centrum tworzą pierwszy świat – turystyczny. Drugi świat – lokalny, znajduje się w środku wyspy. Jest tu bowiem wioska, z własnym całkiem sporym i głośnym meczetem, z lokalnymi sklepami, z bojowymi kogutami i warungiem tia, którego kucharka robi doskonały nasi bunkus (ryż z wszytkim po trochu). Gdy zamawia się nasi bunkus po angielsku płaci się 15 000 rupii (1,5 dolara), gdy po indonezyjsku 10 000. Nasz indonezyjski po mału staje się dla miejscowych coraz czytelniejszy, choć jeszcze długa droga przed nami:) W środku wyspy znajdują się jeszcze dwa zadziwiające miejsca. Jedno to słone jezioro, zamieszkałe przez całą rzeszę ptactwa, w tym, na nasze niewprawne oko, conajmniej dwa gatunki czapli. Jezioro jest zarośnięte mangrowcami, które się w nim odbijają, co tworzy niesamowity widok podczas zachodu słońca. Droga prowadząca do jeziora też jest swego rodzaju atrakcją, ale tylko dla tych o mocnych nerwach. Nzawaliśmy ją roboczo Aleją Pająków i nie jest to nazwa podchwytliwa.  Drzewa rosnące przy tej drodze są bowiem całe otoczone pajączynami, na których mieszkają naprawdę ogromne pająki. Po ciemku szliśmy tamtędy tylko raz i tylko dlatego, że nie wiedzieliśmy jeszcze o specyfice wybranej drogi. Żaden pająk na nas wtedy nie zapolował, ale lepiej nie kusić losu:)