Gili T

O ile Ubud można nazwać turystycznym butikiem, o tyle do Gili Trawangan, zwanym po ziomalsku Gili T, bardziej pasuje określenie taniej imprezowni. Największa z trzech wysp Gili ma w sobie urok głównie dla tych, których cieszą trzy wielkie techno imprezy w tygodniu, największe w okolicy zagęszczenie barów na metr kwadratowy i duża ilość tanich hosteli i taniego jedzenia. Oczywiście nie miejmy złudzeń, że takie życie jest aż tak tanie – piwo to największy koszt pobytu na Gilisach. Dodatkowo należałoby dodać koszty substancji pobudzających świadomość, których na Gilisach jest w bród. Nie sposób przemierzyć wyspy bez kilku zapytań „smoke?”, „marihuana?”, „weed?”, „mushrooms?”, „champignon?” (nie wiem jak to się pisze, ale jeden pan był pewien, że Piotrek jest Francuzem i że taka oferta go skusi). Dla niewtajemniczonych – nie chodziło o sprzedaż pieczarek:) Dla nas Gili było głównie stacją przesiadkową i wracać tam ochoty nie mamy. Choć trzeba przyznać, że zachody słońca z widokiem na balijską górę Agung są tu przepiękne, a na północy wyspy znaleźć można naprawdę fajne miejsca do snorklingu. Pod wodą udało mi się spotkać orlenia, co samo w sobie było przerzyciem niezwykłym. Dosyć długo patrzyliśmy na siebie z nieufnością (orleń jest jednak sporą rybą) i wreszcie pomalutku odpłynął w toń. Gdyby nie moje totalnie beznadziejne umiejętności filmowania pod wodą, można by go jeszcze długo podziwiać. Nic to, następnym razem postaram się go nie obciąć w połowie…