200% kultury

Tak jak się spodziewaliśmy, poprzedni wpis wywołał u niektórych sprzeciw, bo im się akurat Ubud bardzo podobał. Na pewno jest wiele powodów, by tak było. Oddając Ubud sprawiedliwość trzeba bowiem przyznać, że miasto ma wiele pięknych miejsc i oferta kulturalna jest w nim bardzo bogata. Składają się na nią przede wszystkim trzy elementy: świątynie, muzea i tańce. Świątynie są na każdej ulicy, na każdym rogu. Czasem trudno je rozpoznać, bo bramy domów są rzeźbione w tym samym stylu, co wejścia do świątyń i można się pomylić. Architektura, rzeźba w kamieniu i w drewnie – to wszystko jest w Ubud niezwykłe. Świątynie oczywiście kipią życiem. Ciągną do nich Balijczycy w odświętnych strojach, by złożyć dary. Wejść do świątyń strzeże Pecalang, czyli tradycyjna straż balijska. W każdej świątyni jest część zastrzeżona tylko dla wyznawców. Dodatkowo do części zewnętrznej świątyni nie wyznawca może czasem wejść, ale w odpowiednim stroju, czyli sarongu lub szarfie przewiązanej w talii lub jednym i drugim. Specjalny strój i podział na strefy sacrum i profanum już sprawia, że wchodząc do takiego miejsca czuje się jego wyjątkowość. Także w świątyniach odbywają się czasem pokazy balijskich tańców. Te są zaś zupełnie niezwykłe: Legong, Barong, Kecak – same nazwy robią wrażenie. Legong, czyli majestatyczny taniec z pięknymi strojami i figurami, bardzo nam się podobał, na barong i kecak nie dotarliśmy niestety, głównie za sprawą deszczu. Ale za to udało nam się dostać na przedstawienie teatru cieni (Wayang kulit), które same w sobie było niezwykle oryginalne. Na ekranie pokazującym tylko cienie „lalek” mogliśmy obejrzeć historię dzielnego Bimy z Mahabaraty. Otóż do królestwa Ekacarta przybył pewnego dnia potężny demon Detya Baka. Demon zażądał poświęcenia mu w ofierze człowieka. Dzielny Bima, syn królowej Dewi Kuti ogłasza, że on złoży siebie w ofierze demonowi. Skracając całą historię zamiast zginąć, Bima rozkłada na łopatki nie tylko Detya Bakę, ale także całą zgraję innych demonów, które ten zawezwał na pomoc. Ta właśnie część wzbudziła największy entuzjazm publiczności :). Co prawda, dialogi były dla nas niezrozumiałe, ale skrypt otrzymany wcześniej wraz z muzyką pomogły nam się odnaleźć w akcji.
No i jeszcze muzea. Jeśli ktoś lubi balijską sztukę, czy sztukę w ogóle, to Ubud jest miejscem właściwym dla niego. Nie wiem ile jest w mieście galerii, ale na pewno bardzo wiele. Część z nich ma głównie funkcję edukacyjną, inne marketingową. My odwiedziliśmy dwie – Museum Puri Lukisan i ARMA (Agung Rai Museum of Art.). O ile malarstwo balijskie nas nie zachwyciło, to rzeźba i grafiki już tak. Przy okazji poznaliśmy trochę hinduskich opowieści z Mahabharaty i zapoznaliśmy się z najczęściej występującymi na obrazach postaciami. Oba miejsca mają także piękne ogrody, w których można na chwilę przysiąść. Pisząc o Ubud nie sposób pominąć Monkey Forest Sanctuary, niedaleko, którego mieszkaliśmy. Kawał zielonego terenu w mieście, z dwiema świątyniami, zamieszkany przez całkiem pokaźne grono małp. Tutejsze małpy były dużo spokojniejsze od tych w Ulu Watu, więc obyło się bez zamachów na moje okulary. Z sanktuarium najbardziej podobały nam się ogromne drzewa, z korzeniami zwisającymi na kilkanaście metrów w dół. Z drugiej strony sanktuarium rozciągały się spokojniejsze obrzeża miasta – z polami ryżowymi, lokalnymi świątyniami i dużo mniejszym ruchem samochodowym. Ta okolica zdecydowanie bardziej nas urzekła niż centrum miasta.

Organiczne Ubud

Zacznę od niepopularnego poglądu: Ubud nas nie powalił na kolana, co więcej nieco nas rozczarowało. Miasto to ma wielu miłośników – od prawie każdej napotkanej osoby słyszałam o tym, jakie jest niezwykłe i unikalne. Na pewno jest dosyć unikalne, ale jest także i przede wszystkim najbardziej turystycznym miejscem na Bali. Zagęszczenie Zachodnich turystów jest tutaj największe, co niestety, ma daleko idące konsekwencje w wyglądzie miasta. Po pierwsze – nie da się przejść z punktu A do punktu B bez co najmniej kilkunastu (i naprawdę nie przesadzam) zagajeń pt. „Taxi?”, „Transport?”, „Massage?”, „Tour?” itd. Każdemu zagadnięciu towarzyszy oczywiście standardowe „Where are you from?” i „What’s your name?” więc nie da się po mieście po prostu przejść, nawet jak chcesz pójść do bankomatu, albo po wodę. Po drugie knajpy. Najbardziej popularne są te organiczne i wegetariańskie, bo takie lubią Zachodni turyści, a szczególnie turystki. Knajpy mają wystrój jak w Europie i taką małą Europę udają. Co tam, że jakikolwiek napój kosztuje tam tyle, co porządny posiłek w knajpie indonezyjskiej; liczy się tylko to, że sok jest organiczny, a bar wymieniony jest w Lonely Planet. Na organicznych sokach na potrzeby turystów się jednak nie kończą. Duże zdziwienie wywołała we mnie pierwsza spostrzeżona knajpa meksykańska – Taco Bar. Poza tym amerykańskie BBQ, knajpa włoska, francuska i szereg knajp uniwersalnie zachodnich. A ceny wewnątrz – na pewno nie na naszą kieszeń, ale na kieszeń wielu kłębiących się wewnątrz Zachodnich turystów. Po trzecie – Zachodni turyści poruszają się także wielkimi autami – Suzuki APV iToyota Avanza (mają swoich wynajętych kierowców, lub resorty w których śpią dają im swoich kierowców), które tarasują przejście chodnikiem i utrudniają znacznie jazdę motorom.. My przecież też jesteśmy turystami, tyle tylko, że zupełnie nie z budżetu turystów przyjeżdżających do Ubud. Suma summarum pierwsze wrażenie fatalne. Na szczęście sytuację uratowało trochę miejsce, w którym zamieszkaliśmy – na bocznej uliczne, w homestay, czyli przy balijskiej rodzinie, z balkonem wychodzącym na przydomową świątynię. Aha, i w bardzo atrakcyjnej cenie, bo nie było tego miejsca w przewodniku:)

Jeszcze o Padangbai

Tak jak się spodziewaliśmy Padangbai opuszczamy z trudem. Miasteczko naprawdę rozleniwia i sprawia, że na nic poza plażowaniem sił nie starcza. Opuszczamy je tym mniej chętnie, że dziś od rana mamy piękne słońce, co nie jest jak na razie regułą. Właściwie codziennie deszcz na parę godzin krzyżuje nam plany, choć teoretycznie zaczęła się już pora sucha. Wczoraj udało nam się jeszcze zanurkować na wraku USS Liberty w Tulamben. Wrak nieco nas rozczarował – po naszych bałtyckich wrakach, czy egipskim Thistlegormie wydawał się mało imponujący. Bardziej podobało nam się życie na 5 metrach przy wraku – między kamieniami chowały się tam ślimaki nagoskrzelne, skorpeny i nasza ulubienica – rawka (szeroko znana jako mantis shrimp). Jak nie wiecie co to mantis shrimp, to przeczytajcie tą prezentację: http://theoatmeal.com/comics/mantis_shrimp . Wieczorem udało nam się jeszcze zobaczyć przebieg lokalnej ceremonii miasteczka. Po szczelnym owinięciu sarongiem mogliśmy wejść do świątyni, gdzie odbywały się tańce. Tańce wykonywały miejscowe dziewczyny i chłopcy więc widownia mocno komentowała. Dla nas było to dosyć wyjątkowe doświadczenie, choć krzywe spojrzenia strażników świątyni informowały nas, że nie jesteśmy u siebie. Dzisiaj udajemy się dalej, by jeszcze bardziej zanurzyć się w balijską kulturę – do Ubud.

Requiem dla czapki

Dzisiaj, przy okazji przenosin z Padangbai do Ubud, byliśmy zmuszeni pożegnać się z zimową czapkę, którą Magda spakowała w ostatniej chwili do noszenia po nurkowaniach. Po wypraniu, mimo 4 dni suszenia w przewiewnym miejscu, zawartość wody w czapce nie spadła do akceptowalnego poziomu, a ona sama zaczęła wydzielać bynajmniej nie delikatną woń rozkładu. Będę ją (czapkę) ciepło wspominał, ale dopiero za rok :)

Padangbai

Padangabai opisano w przewodniku jako miasteczko wyluzowane. Bardzo nam się to spodobało i rzeczywiście opis nie minął się z rzeczywistością. Całe Padangbai to port, jedna ulica przy porcie i jedna ulica przy plaży, na której skupia się życie turystyczne. Na tej ulicy są hoteliki, restauracje i centra nurkowe. Na obu końcach miasteczka, za wzgórzami ukryte są dwie przepiękne plaże, na które niewiele osób dociera – Blue Lagoon i Bias Tugal. Obie mają do zaoferowania dużo więcej niż tylko malowniczy widok – pod wodą kryją się bowiem małe przybrzeżna rafy pełne życia. W Padangbai nasz czas dzielimy więc pomiędzy nurkowaniem, plażowaniem i snorklowaniem. Nurki nas nie zawiodły – pod wodą znaleźć można istne dziwy natury. Frogfish, zwany u nas antenicą występuję tu w kilku różnych kolorach i rozmiarach. Bardzo rzadkie velvet fish i leaf fish przechadzają się po dnie zadziwiając nie tylko nas, ale też morskiego biologa, który z nami nurkuje. Krewetki, skorpeny, ślimaki i inne małe cuda występują w przeróżnych odmianach i rozmiarach. Co ciekawe, wszystkie te cuda zamieszkują jedną okolicę – filary przystani dla wielkich statków wycieczkowych, która nigdy nie została uruchomiona. A dlaczego? Ponieważ konstruktorzy i wykonawcy się nie dogadali – jedni powiedzieli, że przystań ma mieć w najpłytszym miejscu 18 metrów, drudzy zrozumieli, że w najgłębszym. I tak powstała przystań, do której nie jest w stanie wpłynąć żaden wycieczkowiec, ponieważ jest za płytko…
Wczoraj popłynęliśmy na Nusa Penida w miejsce o nazwie Manta Point. Z naszych doświadczeń wynika, że często nazwa miejsca nie ma nic wspólnego z zamieszkującymi je zwierzętami, ale tym razem tak nie było. Mogliśmy więc nacieszyć oczy widokiem ogromnej manty, która nic sobie nie robiła z naszej obecności. Szkoda tylko, że upodobała sobie miejsce przy tzw. pralce, czyli tam gdzie najsilniejsze ruchy wody. Podziwiając mantę cała nasza grupa wirowała zgodnie z ruchem fal, co niestety nie przysłużyło się naszym zatokom i uszom. Dlatego dziś chwila na regenerację. Oczywiście na plaży:)

Motory, małpy, plaże i jeszcze więcej motorów

Dzisiaj przyszedł czas na wycieczkę, no bo ile można się lenić. Piotrek po czterech latach znowu wsiadł na motor i okazało się, że z motorem jest jak z rowerem – tego się nie zapomina. O ile motor i drogi przypominały Tajlandię, to korki i styl jazdy już zupełnie nie. Niesamowite jest ile motorów może się zmieścić na poboczu między ciężarówką i krawężnikiem. Wydawało mi się, że my nie damy rady przejechać, ale oczywiście byłam w błędzie, bo oprócz nas zmieściły się jeszcze dwa motory. Co tam, że raz po raz trzeba zjechać na chodnik, albo przytulić się do samochodu – ważne by być szybciej. Podobnie nie ma sensu zostawiać przed sobą wolnej przestrzeni licząc na to, że spokojnie się dojedzie do poprzednika. Wystarczy chwila, a zarówno z prawej, jak i z lewej strony wjeżdżają kolejni. Wyprzedzanie działa każdą stroną, a jazda pod prąd jest zupełnie naturalnym rozwiązaniem gdy trzeba kawałek podjechać. A, no i oczywiście obowiązuje tu ruch lewostronny. I przy tym wszystkim Piotrek nie tylko mnie dowiózł na samo południe wyspy, ale i odwiózł, bez uszczerbku na zdrowiu i na motorze. A gdzie my właściwie byliśmy? Otóż wybraliśmy się na południowy koniec Bali, czyli do Ulu Watu. Ulu Watu słynie co najmniej z dwóch rzeczy – ze świątyni nad urwiskiem Pura Ulu Watu oraz z fal, które przyciągają surferów z całego świata. Jeśli chodzi o świątynie, to zapamiętam jej piękne położenie nad urwiskiem oraz walkę, jaką stoczył Pan Balijczyk z małpą o moje okulary. Otóż w świątyni żyją małpy, które są „very aggresive”. W związku z tym najlepiej nie nosić czapek, okularów, ani niczego, co może zostać porwane. Mając to w pamięci chowałam okulary na widok każdej napotkanej małpy. Niestety zbliżając się do wyjścia uwagę moją odwróciły małpy kąpiące się w kałuży, co rychło wykorzystała inna małpa, czająca się za moimi plecami. Okulary zostały porwane i trzeba było dużo smakołyków by skłonić małpę do wymiany. Ale się udało i mogłam dalej podziwiać uroki Bali. A było co podziwiać, bo ruszyliśmy szlakiem południowych plaż. Najpierw Ulu Watu, gdzie dociera się przez system grot. Potem Padang Padang, legendarna plaża surferów. I na koniec Balangan Beach – plaża marzenie – dużo jasnego pisaku (co nie jest tu częste), piękne skały z grotami, rząd palm, a na dodatek świątynia. Można jeszcze dodać rybaków, czaple i surferów i mamy wszystko, co potencjalnie na plaży można by zobaczyć. Gdyby nie gigantyczny motoro-korek, w którym trzeba było wrócić oraz równie gigantyczna ulewa, w która nas dziś przemoczyła do suchej nitki, był by to dzień – marzenie.

Sanur po sezonie

Jesteśmy w Sanur. Po przygotach dojazdowych, podczas których zmieniliśmy dwa razy środek transportu oraz wykonaliśmy przemarsz z plecakami przez pół miasta, udało nam się znaleźć nasz fan room, czyli pokój z wiatrakiem. Walcząc z jetlagiem udaliśmy się na poznanie okolicy dla nas najciekawszej, czyli plaży. Pierwsze zaskoczenie – w mieście bradzo mało turystów. Sanur wygląda trochę jak kurort po sezonie – w knajpach pustki, na plaży pustki, taksówkarze jeżdżą w jedną i drugą stronę szukając jakiekogolwiek klienta. Drugie zaskoczenie – na plażach i na parkingach królują Indonezyjczycy. Trzecie zaskoczenie – chcą robić sobie ze mną zdjęcia. To naprawdę ciekawe przeżycie znaleźć się po drugiej stronie tego turytycznego rytuału i być fotografowanym z czyimiś dziećmi, chłopakami czy żonami. Na razie zastanawiamy się czy chęć fotografowania ze mną wynika ze stroju, czy też z cech bardziej niezbywalnych jak płeć i kolor skóry. Z Piotrkiem na razie nie chcą się fotografować, za to ga zagadują, a mnie nie. Na razie jeszcze za wsześnie by wyciągać wnioski:) Plaża obfitowała więc w lokalne życie – królowały latawce i kajaki. Oczywiście wszyscy kąpali się w pełnym stroju, co sprawiło, że nie zdcydowałam się wystąpić w bikini. Plaża okazała się być rzeczywiście długa na kilka kilometrów i spacer w obie strony pochłąnął całe nasze siły, które podreperowaliśmy dopiero 14 godzinami snu w niesamowitym wręcz gorącu pokoju z wiatrakiem:) Po tej regeneracyjnej drzemce i jeszcze bardziej regeeracyjnym nasi goreng udaliśmy się … na plażę.