Żółwik na wolności

Na Gili Meno znajduje się także sanktuarium żółwi. Prowadzi je Bolong, który od lat zbiera żółwie jaja pozostawione na plaży, opiekuje się nimi aż do wyklucia żółwików, a potem zajmuje się maluchami dopóki te nie osiągną kilku miesięcy i wtedy wpuszcza je do wody. Możecie zadać pytanie po co to robi, skoro do tej pory wszystko to odbywało się samoistnie, bez ingerencji człowieka. Tyle, że ta ingerencja jest odpowiedzią na inną, także naszą oczywiście. Żółwie jaja są w okolicy bardzo cennym towarem – mieszkańcy Lombok sprzedają je po zawrotnych cenach na targach. To już zmniejsza szanse na wyklucie. Po drugie w błyskawicznym tempie giną plaże, zagospodarowywane na resorty i żółwice nie mają gdzie składać jaj. Po trzecie wraz ze wzrostem rybołówstwa coraz więcej żółwi ginie zaplątanych w wielkie rybackie sieci. Jest jeszcze kilka powodów, które sprawiają, że liczba żółwi się szybko zmniejsza. Tak więc, w skrócie, Bolong zwiększa po prostu szanse przeżycia żółwików w najtrudniejszym dla nich okresie, kiedy są najbardziej wrażliwe na działania człowieka i innych naturalnych wrogów. Sanktuarium utrzymuje się w dużej mierze z datków. Jednym ze sposobów ich zbierania jest możliwość „wypuszczenia żółwia” do morza. W jednym z basenów Bolong trzyma te żółwie, które dorosły już do wypuszczenia. Jeśli nie ma chętnych – wypuszcza je sam. Jeśli są – tym lepiej. Jako, że idea tego co dzieje się w sanktuarium do mnie przemawia, postanowiłam wypuścić do morza jednego z jego małych mieszkańców. Przyznam, że nieco się stresowałam – wyobrażałam sobie, że żółw zawraca z plaży, albo że na niej zostaje, albo, że się topi, albo że wpada zaraz w jakąś sieć. Ale, o dziwo, żółw jak tylko poczuł piasek pod płetwami, śmignął z prędkością iście nie żółwiową i odpłynął radząc sobie doskonale z falami, łódkami i rafą. Mam nadzieję, że urośnie duży i będzie żył całe 90 lat:)