Instruktorzy, rekiny i ruskie pierogi

Ostatnie dni przemknęły nam w mgnieniu oka, choć wiele ważnych do odnotowania zdarzeń miało miejsce. Przede wszystkim Piotrek zakończył z sukcesem swój kurs instruktorski i może już szkolić nowych adeptów nurkowania. Czeka już z niecierpliwością na pierwszych chętnych:) Ja w tym czasie oddawałam się pracy, czyli nurkowałam z ludźmi z całego świata. To jeden z fajniejszych aspektów mojego zajęcia – codziennie poznaje się kogoś nowego, kto bardzo często ma do opowiedzenia fascynującą historę z nurkowania, lub swojego życia. Wiem już na przykład, że w Australii (zresztą nie tylko tam) należy w celu ochrony życia i zdrowia przed założeniem buta dobrze go wytrzepać i że na wiele plaż nie można wejść z psem, bynajmniej nie dlatego, że szczeka lub brudzi, ale dlatego, że jego ruchy w wodzie bywają odczytane przez rekina jako ruchy focze, czyli całkiem smakowite, co sprawia, że rekin na taką plażę chętnie przypłynie. Dowiedziłam się też że w Perth mają w tej chwili problem z żarłaczem, który odstrasza klientelę i powoduje kryzys w branży turystycznej, a za to, że w Kanadzie coraz popularniejsze jest pływanie z orkami, które, dla odmiany, strachu nie wywołują. Jeśli chodzi o Tajlandię, to na razie udało mi się dwa razy spotkać z rekinem wielorybim, który do wspomnianych wyżej zupełnie jest niepodobny, gdyż żywi się planktonem i jest zupełnie niestraszny. Niestety przestał się pokazywać dwa tygodnie temu, ale nie tracę nadziei, że do nas wróci.
Po nurkowaniu udajemy się do najlepszej restauracji w okolicy, czyli do Tukty. Po kolejnych przebojach kulinarnych, takich jak przegrzebki w sosie czosnkowym, czy świeże gotowane kraby, zaproponowaliśmy, że pewnego dnia to my ugotujemy obiad. Na danie reprezentacyjne wybraliśmy ruskie pierogi. O ile ziemniaki, cebulę i mąkę zdobyć było łatwo, z serem białym sprawa wydawała się znacznie trudniejsza. Ale Piotrek, znany inżynier, dał radę. Do zakupionego w Tesco mleka dodał śmietanę i odstawił mieszaninę do sfermentowania. Tak powstałe zsiadłe mleko zagotował, a następnie odcedził przez serwetkę znaną babciną metodą. Po nocy w lodówce mleko zmieniło się w doskonały biały ser:) Mając wszystkie półprodukty przystąpiliśmy do pracy. Po paru godzinach ugniatania, wycinania i zawijania, którym towarzyszyło całkowite przepocenie ubrań, kilka wypitych piw z lodem oraz liczne zdjęcia z komórek obserwujących nas Tajów, otrzymaliśmy doskonałe ruskie pierogi. Polane kwaśną śmietaną przypomniały nam nieco dom. Pierogi zostały komisyjnie spróbowane, ale naszych Tajów nie zachwyciły. Za mało ostre. A jak głosi lokalne powiedzenie: jak Taj nie zje na kolację czegoś ostrego, to nie może w nocy spać. Dlatego też nasze pierogi zostały szybko zagryzione smażoną makrelą w ostrym sosie:)

Nie spać, nurkować!

Ostatni tydzień minął nam głównie na nurkowaniu i czynnościach, które mu towarzyszą. Ja ćwiczyłam więc mięśnie ładując i rozładowywując łódź, opalałam się na naszej łodzi nurkowej i prowadziłam długie rozmowy z moim nurkami z Indii, Chin, Filipin, Szwecji, Niemiec i Kanady. Z mniej atrakcyjnych aspektów mojej pracy walczyłam z panikującymi nurkami, prowadziłam nurkowania na powierzchni zamiast pod wodą i walczyłam ze swoim sprzętem, który właśnie teraz przechodzi próbę czasu i co chwilę coś się w nim psuje. Piotrek powoli kończy swój kurs instruktorski, więc jest już mistrzem w prezentacjach umiejętności i wyłapywaniu błędów, które źli pseudo kursani nieustająco popełniali na kursie przygotowawczym. Wstajemy o 6 rano, więc spać chodzimy w okolicach 22 (ja) a Piotrek jak skończy ćwiczenia z kursu. Wolne chwile wieczorne spędzamy głównie w biurze z Tuktą i innymi znajomymi wspólnie biesiadując i jest to słowo, które najlepiej opisuje to doświadczenie. Tutkta nie gotuje bowiem obiadu, tylko przygotowuje ucztę. No bo przecież nie można zaserwować samej ryby, bo jak by to wyglądało? Szczególnie, że kraby na markecie w okazyjnej cenie 4 sztuki za 100 bahtów (10pln). No więc trzeba kraby ugotować, do tego podać krewetki i kalmary robione w ostrym sosie no i jeszcze jakieś warzywko, albo dwa, trzy różne sosy no i ryż, bo bez ryżu nie ma posiłku. Do tego piwko ina thai style, czyli z lodem i dopiero wtedy można siadać do kolacji:)

Samui, czyli prawie jak w domu

Już od tygodnia przebywamy w krainie tysiąca uśmiechów, czyli w Tajlandii, a dokładnie na wyspie Koh Samui. Dla nas to trochę jak powrót do domu – po prawie czterech latach znowu możemy wypić Changa z ekipą Easy Divers, rozkoszować się smakiem Pad Ka Pow gotowanym przez naszą przyjaciółkę Tuktę, czy obejrzeć zachód słońca z widokiem na posąg Dużego Buddy. Mieszkamy niedaleko portu, w dosyć dużym, jak na tutejsze standardy domu, w którym jest nawet klimatyzacja! Żeby nie było tak słodko, w domu mieszkają z nami także mrówki, które w sekundę są w stanie dostać się do najlepiej zapakowanego jedzenia, a łazienka zmienia się w basen, ponieważ odpływ został umieszczony w najwyższym jej miejscu. O ile z mrówkami walczymy na różne sposoby, o tyle z basenem już się pogodziliśmy. Co do mieszkańców, mamy także w domu sporo małych gekonów i jednego dużego. Mamy też psa sąsiadów, który stoi na straży okolicy i pojawia się za każdym razem podczas wyjścia i przyjścia do domu. Pies upodobał sobie oczywiście Piotrka, który zupełnie nie upodobał sobie psa, więc ich interakcje są dosyć zabawne. W okolicy mamy miejscowy targ, Family Mart i 7 Eleven (miejscowa Żabka ale o wyższym standardzie) w paru odsłonach i kilka lokalnych miejsc serwujących noodle soup, więc przetrwanie mamy zapewnione.  Dni spędzamy albo na kursie instruktorskim (Piotrek) albo na łodzi (ja, gdy jest praca nurkowa), albo na szwendaniu się po okolicy (też ja, gdy nie ma pracy). No i oczywiście na jedzeniu, bo mało jest tak bogatych kuchni, jak kuchnia tajska, szczególnie gdy można się nią cieszyć za kilkanaście złotych:)

SOA na Samui

Wiemy już gdzie powinien się rozegrać kolejny sezon Sons of Anarchy – na Samui. Mamy nawet fabułę z życia wziętą: klub motocyklowy z Tajlandii przyjeżdża na Samui żeby spotkać się z klubem motocyklowym z Malezji. Ale uwaga – klub malezyjski zostaje na granicy, bo sytuacja polityczna między krajami nie jest najlepsza. W związku z tym frakcja tajska jedzie na południe ratować malajskich braci. Dobra, to ostatnie wymyśliliśmy, ale jak jutro nie przepuszczą malajskich motocykli przez granicę, to kto wie, kto wie…