Tioman

Jako że ambasada Indonezji podarowała nam 4 dni, a operacja siania chmur nie przyniosła natychmiastowych rezultatów, zdecydowaliśmy się opuścić KL i odwiedzić Tioman – małą wyspę leżącą u wschodnich wybrzeży Malezji. Jak było? Mniej więcej tak:

Jedyne co nie było bajeczne, to powrót: promem w trakcie sztormu i autobusem w niedzielnych mega korkach. Przynajmniej poczuliśmy się przez chwilę jak w domu (jeśli chodzi o korki, nie o sztorm oczywiście:P).

Smog w (nie takim) wielkim mieście

Już 23 godziny i 4 przesiadki po opuszczeniu domu na Samui zameldowaliśmy się w Step Inn Guesthouse w Kuala Lumpur. Natychmiast padliśmy. Kiedy po paru godzinach snu wyjrzeliśmy za okno okazało się, że jest jakoś tak szaro i mgliście.

W gazecie którą kupiliśmy smog stanowił temat główny. Wskaźnik zanieczyszczenia powietrza (API) osiągnął poziom niebezpieczny dla osób słabszego zdrowia. Zajęcia w szkołach zostały odwołane, władze miasta zaleciły ograniczenie do minimum czasu spędzanego poza klimatyzowanymi pomieszczeniami, handlarze narzekali na spowolnienie, sprzedawcy maseczek odnotowywali rekordowe zyski. A skąd wziął się ten smog? Otóż z Sumatry, gdzie oczyszcza się teren pod uprawę palmy olejowej. Smog najpierw dotarł do Singapuru i przesuwał się na północ. Władze Malezji i Singapuru zażądały reakcji od władz Indonezji, w odpowiedzi zostały poinformowane, że obszary na których wzniecone zostały pożary są własnością kapitału malezyjskiego i singapurskiego. Ostatecznie sąsiedzi zaczęli jednak współpracować, malezyjczycy wysłali strażaków do Indonezji, a indonezyjczycy rozpoczęli operację wywoływania deszczu.

Smog nie smog, my musieliśmy spędzić sporo czasu poza klimatyzowanymi pomieszczeniami bo wiza indonezyjska ma to do siebie, że sama się do paszportu nie wkleja. I tutaj spotkała nas miła niespodzianka. Spodziewaliśmy się nie wiadomo jakich problemów i długiego czekania. Zamiast tego zostaliśmy całkiem sprawnie obsłużeni w ambasadzie Indonezji i, po krótkiej rozmowie z urzędniczką, poinformowani, że paszporty będziemy mogli odebrać już następnego dnia.

Ręsztę poniedziałku i wtorek spędziliśmy spacerując po centrum (i nie tylko) KL spowitym smogiem (na „Petronasy” znowu nie wjechaliśmy i znowu robiliśmy sobie zdjęcia pod nimi). Udało nam się za to „zaliczyć” akwarium, które cztery lata temu pominęliśmy.

Resztę czasu, który zarezerwowaliśmy na walkę z ambasadą, postanowiliśmy spędzić na Pulau Tioman.

Pożegnanie z Samui

Jak mogliśmy przewidzieć bardzo ciężko było nam zostawić Samui. Tak to już jest, jak się ma miejsce, w którym jest dużo dobrych ludzi i w którym panuje fajny klimat (no i jedzenie, nie zapominajmy o jedzeniu:)). Po powrocie z Khao Sok udało nam się jeszcze zanurkować na ulubionym Sail Rocku i urządzić pożegnalną imprezę. O ile nurkowanie odbyło się chyba w najgorszej możliwej widoczności, to impreza się udała. Pożegnać się było bardzo trudno, chyba trudniej niż ostatnio. Po paru dniach już zaczęliśmy tęsknić. Oczywiście wszyscy mówią – skoro tęsknicie, to wracajcie. To byłoby najprostsze i kto wie, może najszczęśliwsze rozwiązanie, ale dobrze wiemy, że bardzo łatwo jest na Samui „wsiąknąć”. Jest tyle osób, które przyjechały tu na chwilkę – na miesiąc, dwa, trzy i mieszkają już 15 lat. My jednak chcemy zaryzykować i zobaczyć jak odnajdziemy się w innym miejscu i w innych warunkach. No i nie oszukujmy się – nie zawsze było kolorowo i łatwo. W chwilach zwątpienia przypominam sobie naszego kapitana, który chcąc łowić ryby parkował hektar od miejsca nurkowego, a nas traktował jak powietrze. Nikt nie śmiał zwrócić mu uwagi od czasu, gdy w odpowiedzi na jedną wyciągnął nóż. Za Tajów (i Tajek, a może przede wszystkim Tajek) porywczością też nie będziemy tęsknić. Tukta opsiując tę znaną, acz niezbyt miłą cechę, powtarzała nad wyraz prawdziwe powiedzenie „Uważaj, gdy Tajka lub Taj ma w ręku nóż”. Śmiech śmiechem, ale podzas naszego pobytu kolega Taj zaatakował naszego dobrego kolegę Somkida śrubokrętem (rezultat – 6 szwów na głowie), bo ten powiedział coś niemiłego o jego zachowaniu wobec byłej żony; nieco przedtem żona instruktora Toddiego rzuciła w niego tasakiem podczas małżeńskiej kłótni w kuchni (tylko 4 szwy); a rok temu odbyła się sławna na całą okolicę rzeź o poranku, gdy dziewczyna innego instruktora dowiedziawszy się o istnieniu rywalki, wpadła do niego o poranku i zaatakowała nożem jego genitalia. Całe szczęście, że znalazł go Somkid (ten od śrubokręta) i skończyło się na kilku szwach. Ja nie przesadzam – to historie z życia wzięte. Nie będziemy też tęsknić za grubymi Niemcami z nastoletnimi Tajkami u boku, za barami z półnagimi dziewczętami, za pędzącymi na motorach gówniarzami i za chmarami dzikich psów. Będziemy za to bardzo tęsknić za prawie całą ekipą Easy Divers, którzy nas wpierali, rozśmieszali i tworzyli mini rodzinę. Za wszystkimi tajskimi uśmiechami, które towarzyszyły nam na każdym kroku, od wielu obcych ludzi, za zielonym curry, za pad ka pow i za zielonym mango. No i przede wszystkim będziemy tęsknić za Tuktą, która była naszą przyjaciółką, mamą, siostrą, doradcą, przewdonikiem, szefową kuchni i nauczycielką tajskich obyczajów. To jedna z tych osób, które są naprawdę Dobre. Nawet przyparta do muru wymyślała zawsze wysublimowane rozwiązanie. Jak choćby w aferze kurczakowej. Dla niewtajemniczonych opowiem. Otóż chłopak jej siostry, którego wszyscy nie znoszą, bo jest burakiem (pije, bije i jest głupi) zaczął hodować kurczaki (tak naprawdę koguty „bitewne”, ale wszysy zaplątani w aferę mówią chicken, więc niech tak zostanie). No i wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że sprowadził je na ganek.To jeszcze Tukta mogła znieść. Ale to było za mało dla pana buraka, który kurczaki kochał ponad wszystko. Więc pewnego dnia sprowadził ulubionego kurczaka do … domu. No więc wyobraźcie sobie teraz koguta w domu, który pieje o najdziwniejszych godzinach nad waszym uchem. W Tukcie obudziły się najdziksze instynkty, ale postanowiła załatwić sprawę polubownie. Po długich negocjacjach udało się kurczaka wyprowadzić z domu. Tukta znów mogła spać. Ale szczęście nie trwało długo, bo pan burak stwierdził, że w sumie to nikt mu nic zrobić nie może, a na pewno nie mała Tukta i kurczaka znów wprowadził do domu. I tutaj się pomylił. Tukta postawiła jeszcze ultimatum – ty zabierzesz kurczaka do jutra, albo już go nie zobaczysz. Pan burak oczywiście się nie przejął. No więc Tukta pewnego wieczoru podjechała do mieszkania zabrała kurczaka, a następnie… zrobiła z niego rosół:) I co, kto z Was jeszcze nie kocha Tukty?:)

Wakacje w Khao Sok

Na koniec naszego pobytu w Tajlandii udaliśmy się na wakacje. Tak właśnie, na wakacje. Wbrew pozorom praca nurkowa nie jest aż tak lekka, łatwa i przyjemna i moje prawie trzydziestoletnie kości odczuły pracę fizyczną przez 5 lub 6 dni w tygodniu dosyć boleśnie. Okoliczności były o tyle sprzyjające, że mogliśmy wyjechać wspólnie z Tuktą, która wyjątkowo dostała urlop (co prawda nasz szef nie omieszkał ponarzekać, że dlaczego zawsze jego kadra musi wyjeżdżać razem i w ogóle kto to pomyślał, żeby się w pracy przyjaźnić).Na wakacje wybraliśmy park narodowy Khao Sok, do którego nie udało nam się dojechać 4 lata temu.

Wreszcie nadszedł dzień wyjazdu i już po godzinnej jeździe dżipem sąsiadki,półtora godzinnym płynięciu promem, godzinnej jeździe jednym minibusem, dwugodzinnej jeździe drugim minibusem i godzinnym płynięciu tzw. longtailem w strugach deszczu udało nam się dotrzeć do celu. Miejsce okazało się być niesamowite. Mieszkaliśmy w trudno dostępnej części parku w domach na wodzie. I na prawdę były to domy NA wodzie a nie przy wodzie. Co znaczy, że jeden zły krok i lądujesz w jeziorze głebokim na 14 metrów. Do toalety 10 minut, do kajaka 1 minuta. Widok z jednego okna – jezioro i wapienne skały; z drugiego – dżungla. Pośrodku „wioski” pokój wspólny z ławami do spożywania posiłków (doskonałych zresztą) i uwaga, uwaga, z telewizorem! Telewizor włączał się wraz z odpaleniem generatora, czyli o 19.00 i wyłączał o godzinie 23.00 W tych godzinach można było się cieszyć prądem, pod warunkiem oczywiście, że generator działał:) Godziny wieczorne spędzaliśmy więc na spożywaniu napojów rozgrzewających i oglądaniu tajskich telenowel, z któych nie rozumieliśmy nic. Jednym z najciekawszych aspektów oglądania tajskiej telewizji jest to, że pokazywani w niej Tajowie, w ogóle nie wyglądają na Tajów. Są mianowicie całkowicie biali i mają wielkie nosy. To podobnież ma ich upodabniać do Farangów, czyli ludzi Zachodu. Oglądając każdego wieczora Tajów, którzy zupełnie nie wyglądali na Tajów, trochę łatwiej zrozumieć szał na wybielające kosmetyki i operacje przedłużania nosów.

Ale wróćmy do Khao Sok. Opisałam już nasze rozrywki wieczorne, a zabrakło opisu najważniejszego, czyli rozrywek dziennych. Główną atrakcją dnia były ranne wyprawy kajakiem na wypatrywanie zwierząt. Codziennie wstawaliśmy więc przed 6 rano i wiosłowaliśmy w ten czy inny zakątek parku. Udało nam się przez te parę dni wypatrzyć kilka małpich rodzin (głównie makaków, choć także małpy dusky langur, która wygląda jak by nosiła okulary), kilka dzioborożców, orły i parę innych ptaszorów nieznanego pochodzenia. W nocy odwiedziła nas też ogromna sowa, która na punkt obserwacyjny do polowania na ryby wybrała naszą toaletę. Raz wybraliśmy się z Piotrkiem na spacer po dżungli, podczas którego głównie zjeżdżaliśmy w dół lub w bok na błocie i broniliśmy się przed pijawkami. Mimo naszej obrony przynieśliśmy ich na sobie kilkanaście. Na szczęście Tukta, która jest zawsze przygotowana na wszystko, miała ze sobą maść (tiger balm), jak się okazało, najskuteczniejszą broń w walce z pijawkami. Jeszcze długo po tym jak ostatnia pijawka padła, krwawiliśmy jak ranne zwierzęta. Cóż dżungla, to dżungla. Z rozrywek codziennych warto wspomnieć jeszcze pływanie (w końcu do wody jeden krok) i wędkowanie. Ta ostatnia aktywność była szczególnie praktykowana przez miejscowych oraz przez Steve’a, przyjaciela Tukty, który o rybach mógł rozmawiać godzinami. Dzięki ich połowom mogliśmy cieszyć się świeżą rybą codziennie, nawet po kilka razy:)

Nasze trzy dni w parku minęły w mgnieniu oka i naprawdę trudno było wracać. Ale Samui czekało, żeby nas pożegnać, więc nie mieliśmy wyjścia.

Inwentarz

O tym, że gekony i mrówki mieszkają z nami (czy raczej my z gekonami i mrówkami) Magda już pisała, o psie co nas strzeże też już było, nie było natomiast o innych domownikach. Jutro wyjeżdżamy więc to ostatni moment żeby ich przedstawić. Jest więc duży gekon (toke), który mieszka gdzieś na strychu albo pod dachem. Są też jego mniejsi krewni, którzy mieszkają wszędzie (w koszu na śmieci, w firankach, w szafie). Od czasu do czasu, z bliżej niewyjaśnionych przyczyn, zdarza im się też zakończyć swój żywot na naszym ganku. Oprócz gadów mamy też płaza, konkretnie ropuchę. Zadomowiła się pod kanapą. Po dwóch próbach wyrzucenia jej z domu postanowiliśmy ustalić czy dalsze mają w ogóle sens; wujek Google uświadomił nam że nie, ponieważ dietę tego konkretnego gatunku ropuch stanowią głównie mrówki:) Z „robali”, oprócz mrówek w co najmniej dwóch rozmiarach, w krzaku przy balkonie mieszkają jakieś bąko-trzmiele, pojawił się także wij. Lokalne źródła różnią się w ocenie zagrożenia stwarzanego przez tego stawonoga, od „oh, this one not danger” do „aaa, this one poison”. Ponieważ „safety first”, wij wyleciał na miotle i szufelce jak tylko zrobiliśmy mu zdjęcie.

Okolice

Było ostatnio o wycieczce wokół wyspy, to czas najwyższy na wpis o naszych okolicach. Okolice są bowiem niezwykle ciekawe i są naszym najczęstszym widokiem więc zasługują na oddzielny wpis:) Zacznę od spraw najwyższej wagi, czyli od świątyń. W naszej okolicy mamy je dwie – świątynię z Dużym Buddą, i świątynię z wielorękim Buddą, czyli Wat Plai Laem. Ta druga słynie także z nieco eksperymentalnej estetyki, oraz z gołębi, które mocno utrudniają poruszanie się po świątyni (w świątyniach buddyjskich chodzi się bez butów). Nieco dalej znajduje się także górująca nad okolicą Pagoda Kho Hua Jook. Jej złote chedi wyglądają niesamowicie z naszej okolicy. Oglądane z bliska tracą niestety, ale za to zza nich wyłania się widok na całe Samui. No i wewnętrz można obejrzeć odcisk stopy Buddy. Niedaleko nas jest też targ, na którym się często zaopatrujemy oraz mini wioska rybacka, której muzułmańscy mieszkańcy suszą codziennie ryby przy dordze. W sąsiedztwie jest też pełno mini knajpek, które specjalizują się zazwyczaj w jednym rodzaju dań, np. w zupie lub w smażonym ryżu. Jest też sieć Family Mart, której sklepy umieszczone niemalże na każdej ulicy zaopatrują okolicę w piwo i inne produkty przez 24 godziny na dobę. No i plaże. Jak na każdą wyspę przystało, Samui może się poszczycić kilkoma naprawdę malowniczymi piaszczystymi zakątkami. Trzy z nich znajdują się w naszej okolicy. Choeng Mon to mała i cicha zatoka z widokiem na sąsiadującą wyspę; Mae Nam to niekończąca się biała połać piachu, zarośnięta przez palmy; Chaweng zaś to plaża imprezownia – tutaj nie trzeba daleko szukać ani przekąski, ani napojów, bowiem sprzedawcy wszelkiego dobra mijają cię co 5 minut. Każda z plaż ma swoje zalety, więc w zależności od nastroju wybieramy jedną z nich. Jutro zaczyna się weekend, więc zapewne na jednej z nich nas znajdziecie.

Samui Ring Road

W ostatni wtorek wybraliśmy się z Tuktą na wycieczkę szlakiem popularnym, czyli tzw. ring roadem. Ring road to główna droga na Samui, którą można objechać niemalże całą wyspę dookoła. W zamierzeniu mieliśmy dojechać na sam południowy kraniec, ale atrakcje po drodze spowodowały, że czasu zabrakło. Odwiedziliśmy turystyczne „klasyki” Samui, czyli skały Babci i Dziadka (Hin Ta i Hin Yai), które jak dla mnie nazwę mają dość przewrotną, gdyż przypominają nie mniej ni więcej tylko organy płciowe. Byliśmy też ponownie u zmumifikowanego mnicha w Wat Khunaram, ale tym razem z buddyjką, więc została za nas zaśpiewana modlitwa i powróżyliśmy sobie razem z czegoś, co nazwałabym roboczo świątynnymi bierkami. Wróżbę wykonuje się potrząsając pojemnikiem z kijkami tak, by wypadł tylko jeden. Każdy kijek ma numer i wylosowany w ten sposób numer odczytuje się z kalendarza wróżb. Nasza wróżba nie była specjalnie atrakcyjna, ale Tukty też. Może to sposób na opanowanie zbytniej pychy? Odwiedziliśmy też wodospad Hin Lad, który okazał się być zdecydowanie mało spektakularny, bowiem wody w nim niestety zabrakło. Przespacerowaliśmy się więc po kamieniach i sadzawkach, które z wodospadu zostały. Podróżowanie z Tuktą nie mogło by się też odbyć bez jedzenia. Odwiedziliśmy więc targ w muzułmańskiej wiosce, gdzie pośród różnych ryb, małży, krewtek i kalmarów można też było znaleźć.. wiewiórki. W drodze powrotnej zwidziliśmy wieczorny food market w Nathon, mieście portowym. Było pysznie i ostro, bo danie główne stanowiła som tam, ostra sałatka z papaji. Czując jeszcze chili na podniebieniu wróciliśmy nocnym już ring road do domu, gdzie zakończyliśmy dzień piwem Chang. Było super.