Inwazja Obcych

Mija kolejny tydzień na Hodze. Czas zdaje się przyspieszać z dnia na dzień i nawet się nie zorientowaliśmy, że jesteśmy już za połową naszego tutaj pobytu. W ostatnich dniach miało miejsce kilka pamiętnych wydarzeń. Przeżyliśmy inwazję obcych, którzy zdali się przybyć na imprezę integracyjną, której hasłem było science – fiction. Obcy zaatakowali nasze plaże uniemożliwiając nam nurkowanie. Przybyli w postaci tzw. bluebottles czyli niebieskich meduz, spokrewnionych z Portugalskim Żeglarzem. Ten tutejszy to jego mniejszy brat, Żeglarz Pacyficzny i choć jego siła rażenia jest nieco mniejsza, to jednak nadal poparzenia są nieprzyjemne. O ile meduzy nie wzbudziły naszego entuzjazmu, to pojawienie się niezwykle rzadkich ślimaków sea dragon, które meduzy pożerały, było wydarzeniem tygodnia. Ślimaki te są niezwykle urokliwe, bardzo mało zbadane, ponieważ żyją tylko kilka tygodni na powierzchni w pobliżu meduz, którymi się żywią. Na szczęście dla nurków, meduzy tak nagle jak się pojawiły tak i zniknęły, więc wieczorem mogliśmy świętować zwycięstwo nad obcymi. Niektórzy tak bardzo się z niego ucieszyli, iż w drodze do domu wpadli do koralowej dziury, tudzież nie trafili do własnego domu.

W poprzednim tygodniu rozpoczęliśmy także projekt śmieciowy pod nadzorem tutejszego profesora. Jak się bowiem okazało na Hogę, a dokładnie na jeden z jej brzegów, spływają z całej okolicy śmieci. Tropikalna plaża usiana plastikiem wygląda naprawdę dołująco, szczególnie jeśli jest w sercu parku morskiego Wakatobi, który jest też obszarem światowego dziedzictwa UNESCO. Okazało się, że śmieci nie tylko nas dołują i że część naukowa wymyśliła projekt, który być może coś zmieni. Jego rezultatem ma być raport zarówno dla UNESCO jak i rządu indonezyjskiego dotyczący ilości i rodzaju miejscowych śmieci. W raporcie oprócz analizy ma się znaleźć także propozycja środków zaradczych. Projekt nam się spodobał, więc nasz wolny dzień poświęciliśmy na zbieranie śmieci i ich analizowanie. Byłoby nieco łatwiej gdyby nie padało, ale cóż – nauka wymaga poświęceń. Akcję będziemy kontynuować w następnych tygodniach. Podobno nasze nazwiska mają się znaleźć na raporcie, więc może będziemy sławni.

Z wydarzeń ostatnich dni warto jeszcze wspomnieć o przygodzie z wężem. W ostatnich dniach na naszą wyspę wylegają węże morskie. Upatrzyły sobie szczególnie ścieżkę nad morzem, która prowadzi do naszego domku. Wiedząc o tym fakcie chodzimy wieczorem z latarką i staramy się głośno stawiać nogi, coby gadziny uciekły. Ale, jak się okazuje, to nie zawsze działa. Otóż parę dni temu, wracając w gronie osób pięciu, Piotrek na chwilę odwrócił się by wyjąć coś z plecaka i udało mu się w tą właśnie chwilę nadepnąć na całkiem pokaźnego węża leżącego na środku ścieżki. Wąż na szczęście był bardziej zaskoczony niż Piotrek i zwiał do koralowej dziury. Ta przygoda nauczyła nas kilku rzeczy. Przede wszystkim nie chodzimy już tyłem świecąc latarką na boki. Ja wiem też, że w chwili zagrożenia krzyczę po polsku (mniej więcej tak „Misieeeeeeeeeeeek Wąąąąąąąąż!!!!!!) a Piotrek ma kolejną historię w stylu „O mało nie zginąłem gdy..”. Bo tak na marginesie, ten wąż to jeden z najbardziej jadowitych stworzeń na ziemi:)

Na Hodze

Wczoraj zaczął się nasz drugi tydzień na Hodze. Niewątpliwie jest o czym opowiadać, choć trochę nie ma kiedy – bo albo biegamy i coś robimy, albo nie ma prądu i Internetu (albo jedno i drugie na raz). Ale wróćmy do początku. Na Hogę (małą wyspę w archipelagu wysp w parku morskim Wakatobi) dotarliśmy po długaśnej podróży ekstra przewiewnym mikrobusem (bez drzwi) i jeszcze dłuższej podróży nieprzewiewną łodzią. Mieliśmy na szczęscie miejsca leżące, choć były one hmmm, mało intymne. Od chwili, w której postawiliśmy nasze stopy na wyspie zostaliśmy wciągnięci w wir wydarzeń. Życie na Hodze jest bowiem niezwykle uregulowane. Czas mamy zaplanowany od 6.00 do 21.00 (albo i dłużej) co daje nam małe pole do improwizacji. Improwizacja jest bowiem wysoce niewskazana. Już pierwszego dnia zostaliśmy zaatakowani przez reguły. Wiedzieliśmy wcześniej o restrykcjach ubraniowych, natomiast mało wiedzieliśmy o restrykcjach pozostałych. Pośród nich znalazły się restrykcje towarzyskie (z kim co wolno i nie wolno), restrykcje behawioralne (głównie związane ze spożywaniem alkoholu), restrykcje nurkowe (ostre limity czasowe i głębokościowe), restrykcje terytorialne (gdzie wolno i nie wolno chodzić) oraz restrykcje zdrowotne. Nie będę streszczać ich wszystkich, bo wpisu by nie starczyło, ale przytoczę te najciekawsze. Nie wolno chodzić boso, szczególnie po nocy, bowiem na ścieżki wypełzają wężę (sprawdzone, tak jest). Należy chodzić tylko po ścieżkach, bowiem wyspa usiana jest koralowymi dziurami, w które można wpaść (są na wyspie tacy, co wpadli). Nie można pływać w morzu kiedy się chce i nie można pływać bez pełnej pianki (meduzy – widziane na plaży). Nie można pić alkoholu innego niż piwo, które ograniczone jest do jednego dziennie, za wyjątkiem wtorków, kiedy odbywa się nieprawdopodobnie hulaszcza impreza integracyjna. Żeby reguły dobrze zapadły nam w pamięć były one powtarzane przez pierwsze 3 wieczory na spotkaniach kadry nurkowej, kadry nowej i kadry pełnej. Przez pierwsze dni mieliśmy więc wrażenia bycia na kolonii bardziej, niż w pracy nurkowej. Jeśli chodzi o pracę nurkową to jest ona dosyć inna od tego, co znamy. W każdym tygodniu dostajemy inny projekt i inny zespół, z którym mamy pracować. W poprzednim tygodniu ja asystowałam przy kursie podstawowym, Piotrek przy programie „Ekologia raf koralowych” (trudno zgadnąć kto się lepiej bawił). W tym tygodniu pracujemy z naukowcami więc jest ciekawiej i bardziej dynamicznie. Przed nami jeszcze praca z zespołem monitorującym rafę i praca w bazie w Bau Bau. Sama wyspa dosyć urokliwa – plaże, palmy no i koralowe dziury. Żeby jednak nie było zbyt tropikalnie pogoda nas delikatnie mówiąc nie rozpieszcza. Nie było jeszcze dnia bez deszczu, a są dni gdy pada on na tyle skutecznie, że zalewa nam łazienkę a także łóżko. No i wieje też dosyć mocno, szczególnie na werandzie, więc hamak przewiesiliśmy do środka naszej chatki. Ale wciąż mamy nadzieję, że tropikalne upały nas jeszcze odwiedzą:)

Hoga, Hoga, Hoga

Wczoraj dotarliśmy do Makassaru, wrót wschodniej Indonezji. Oprócz drobnego opoźnienia, cała podróż przebiegła całkiem sprawnie. Chwilę niepewności przeżyliśmy tylko przy ważeniu bagażu. Tutaj mieliśmy wykupiony mały zapas, ale następny lot będzie nas chyba sporo kosztował:/ Zakwaterowaliśmy się w czymś co Lonley Planet określiło jako „airport hotel” (cudzysłów oryginalny) w pokoju Superior. Hilton to to nie jest, ale też nigdy nie miał być. Ma za to pewne uroki, których w hotelach się nie uświadczy. Największe wrażenie zrobił na nas klimatyzator zawieszony nad łóżkiem. Pomijając zapleśniałe przewody do niego prowadzące i dźwięki, które wydaje w nieprzewidywalnych momentach to najbardziej irytujące jest to, że charczy na nas wodą (Arek, może jakaś ekspansja?:>).

Dzisiaj ruszamy w końcu na Hogę i w głowach kłębią nam się rozliczne pytania. Od „co będzie na śniadania?”, przez „czy będziemy w stanie porozumieć się z brytyjskim nastolatkami?” do najważniejszego: „czy będą koszulki dla kadry?”.

Batu Caves

Korzystając z jeszcze jednego dnia w KL postanowiliśmy wybrać się do sławnych Batu Caves. Jaskinie te znajdują się tylko 13 km od miasta i można tam dojechać szybkim i eleganckim pociągiem KTM Komuter. Co więcej, pociąg nie tylko dowozi pasażerów do celu, ale także stoi na straży obyczajów. W środku, oprócz standardowych zakazów typu nie śmiecić, nie przylepiać gumy czy nie spożywać napojów i jedzenia, znalazł się także zakaz nieobyczajnego zachowania, czyli publicznego dotykania tudzież nie daj Boże, całowania. Co więcej, całe dwa wagony były zarezerwowane tylko i wyłącznie dla kobiet, żeby panie mogły podróżować bez ryzyka złego spojrzenia, czy zbyt bliskiego kontaktu z mężczyzną. My podróżowaliśmy tymi mieszanymi, więc nie wiem czy wszyscy się do podziału zastosowali. Tak czy inaczej doświadczenie pouczające. Ale wracając do jaskiń. Batu Caves to miejsce specjalne dla Hindusów, którzy w społeczeństwie malezyjskim stanowią około 7%. Najsławniejszą z trzech jaskiń jest Temple Cave, która jest największa i w której znajduje się kilka odrębnych świątyń. Aby dostać się do środka trzeba pokonać dokładnie 272 stopnie. Same schody nie byłyby takie straszne gdyby nie hasające po nich małpy. Do małp zachowuję dystans od czasu pamiętnej walki o okulary. I bardzo dobrze, bo te tutejsze także polowały na dobra trzymane przez turystów. Najczęście och ofiarą padały napoje – radziły sobie zarówno z puszkami jak i z butelkami. Ale nie były bezpieczne też wszelkie przegryzki, a nawet hinduskie świątynne wieńce, które barbarzyńskie stworzenia w najlepsze konsumowały. Nam się udało pokonać schody bez strat. Sama świątynia robi wrażenie, choć robiłaby większe gdyby nie panujący w niej zapach oraz walające się wokół śmieci. Najbardziej fotogeniczny jest wielki pomnik Murgi, jednego z hinduskich bogów, „największy na całym świecie”, jak reklamują atrakcję lokalni sprzedawcy zdjęć, gadżetów i napojów. Odwiedziliśmy też drugą jasknię Cave Villa, która miała zawierać hinduską galerię sztuki. Nie wiem czy to była sztuka, ale na pewno określenie kicz, jest w tym przpadku nad wyraz łagodne. No i te kolory…