I jeszcze jeden Makassar

Ostatni raz (przynajmniej na razie) w Makassarze, lecimy stąd do Malezji odnowić wizę i przy okazji zobaczyć co się da. A także odebrać lampę błyskową która, jak nas właśnie poinformował malezyjski łącznik, już na nas czeka.

Zakwaterowaliśmy się w naszym ulubionym kolonialnym hotelu i nazajutrz, żeby zagospodarować parę godzin pomiędzy śniadaniem a lotem, ruszyliśmy becakiem (rowero-rikszą) zwiedzać stary port, w którym cumują tradycyjne szkunery Bugisów oraz przeróżne inne pływadła, wszystko ładowane i rozładowywane w równie tradycyjny sposób. Po trzech kwadransach spacerowania w wyjątkowo palącym, jak na tę porę dnia i miejsce, słońcu i oglądania jak to się kiedyś statki obsługiwało, wchłonęliśmy cały zabrany zapas wody i zarządziliśmy odwrót. Rikszarz nie byłby rikszarzem gdyby na koniec kursu nie spróbował standardowej zagrywki „panie, ale te 50 000 to miało być w jedną stronę, a nie powrotny”, ale tylko uśmiechnęliśmy się z politowaniem, za to zupełnie bez poczucia, że bezdusznie wyzyskujemy ciężką pracę fizyczną tubylca, bo czy tak sporo przepłacaliśmy.

A, no i byłbym nie napisał o zdjęciu, na które Magda polowała od jakiegoś czasu – obrazkowej instrukcji obsługi zachodniej toalety. Pamiętajcie proszę żeby nie wrzucać widelców do sedesu ani nie myć tam nóg :)

Z wizytą u zmarłych

Tana Toraja na południu Sulawesi to miejsce bardzo szczególne. W tej krainie nie świętuje się hucznie urodzin, ślubów czy rocznic. Oszczędności całego życia przeznaczone są bowiem na pogrzeby. To pogrzeby są najbardziej spektakularne, to na nie zjeżdża się rodzina z całego świata i to one rozsławiły tą część Indonezji. Prawdziwy Torajanin ma nie jeden, a dwa pogrzeby. Pierwszy jest cichy, zaraz po śmierci i kończy się umieszczeniem trumny w domu. Za to drugi to wielka ceremonia (tomate). Ze względu na jej koszt i skomplikowaną logistykę, zmarły może czekać na swój drugi pogrzeb nawet kilka lat (cały czas w domu rodzinnym). Ale jak już przyjdzie czas (a czas pogrzebów nadchodzi w wakacje, gdy rodzina może przyjechać) to zostanie on odprawiony w zaświaty w należytym stylu i w odpowiednim towarzystwie. Pogrzeb trwa kilka dni, zazwyczaj pięć. Odbywa się w specjalnie do tego zbudowanym miejscu, często przed domem zmarłego. Na miejsce ceremonii składa się więc plac oraz otaczające go domki dla gości. Pogrzeb zaczyna się od parady, podczas której wszyscy goście pokazują siebie, oraz swoje dary (zwierzęta domowe najczęściej). Pierwszego dnia mają też miejsce walki bawołów. My na pierwszy dzień się spóźniliśmy, za to mogliśmy w pełni doświadczyć ceremonii dnia drugiego. Otóż dzień drugi i trzeci pogrzebu poświęcony jest na przyjmowanie gości. Goście przybywają licznie, odziani w czerń, wraz z prezentami. Wśród najbardziej popularnych podarków są papierosy oraz świnie. Świnie są drogim podarkiem i w dodatku trzeba zapłacić za nie podatek. Świnie wnoszone są na plac przez członków rodziny, których nazwiska odczytywane są głośno przez mistrza ceremonii (to taki dj, który objaśnia wszystkim co się właśnie dzieje, albo zaraz zacznie dziać). Świnie są następnie numerowane i zanoszone na zaplecze. Na szczęście dla gości ubijanie świni odbywa się więc „po cichu”. Trudno jednak się nie domyśleć, jak świnia zakończyła żywot, gdyż jej połowa wraca po chwili do gospodarza. To sposób na dzielenie się podarkami (jej druga połowa jest serwowana gościom). Kolejne grupy gości schodzą się, świnie są przynoszone i liczone a w międzyczasie odbywają się śpiewy mężczyzn. Panowie stają na środku placy w kole i śpiewają przez parę minut po czym rozchodzą się, co powtarzają kilka razy podczas ceremonii. Przychodzi także moment kluczowy pogrzebu, czyli poświęcenie bawołu (lub bawoów, w zależności od majętności rodziny). Torajanie wierzą bowiem, że zmarły odchodząc w zaświaty musi mieć należyte towarzystwo. Dlatego wysyłają wraz z nim w podróz ducha ukochanego przez nich zwierzęcia czyli bawoła. Zabicia bawoła dokonuje specjalnie wybrany do tego mężczyzna, który zna się na tym, co robi. Jednym cięciem dokonuje poświęcenia. Jest to niezmiernie krwawe widowisko i ja wraz z naszą przewodniczką wybrałyśmy opcję „nie patrzeć”, w odróżnieniu od innych turytów, którzy ustawili się z przodu bawoła, żeby lepiej sfotografować strumienie tryskającej wszędzie krwi. Żeby oddać im sprawiedliwość, Torajanie również filmowali przebieg całości, więc fascynacja rytuałem była podzielana. Gdy bawół już nie walczy o życie dokonuje się jego rozdzielenie. W przeciągu godziny zwierzę zmienia się w skórę i mięso. Wszytko to odbywa się na głónym placu, pod bystrym wzrokiem wszystkich gości. Tu świnie, tam bawół, na środku śpiewający mężczyźni, a nad nimi trumna ze zmarłym. Gośce są następnie częstowani posiłkiem (wszyscy, bez wyjątku) i wreszcie mogą pójść do domu, by zrobić miejsce następnym. Przyjmowanie gości trwa dwa dni. Po nim następuje dzień dalszego poświęcania bawołów,których liczba zależy od majętności domu. Podobnież zdarzają się pogrzeby, na któych poświęca się 20, a nawet i 50 zwierząt. Mnie osobiście jeden wystarczy. Dzień piąty pogrzebu, to chowanie zmarłego. Torajanie chowają zmarłych w jaskiniach, w skałach,lub w specjalnie do tego zbudowanych domach. W miejscu pochówku (szczególnie bardziej zamożnych Torajan) stawiane są również tau tau – figury przedstawiające zmarłych. Alternatywnie wykonywane są zdobienia na zamknięciach trumien i przytwierdzane do nich zdjęcia zmarłych. Większość tutejszych atrakcji turystycznych związana jest więc ze śmiercią – nie mniej ni więcej tylko kolejny przykład mrocznej turystyki. I choć temat ten jest mi bliski to rozmowy między turystami w rodzaju „pojedźcie do Kembiry, tam mają groby dzieci na drzewie” są jednak nieco makabryczne.

Tana Toraja słynie jednak nie tylko z pogrzebów. Rejon ten jest bowiem bardzo malowniczy. Część północna jest górzysta, pokryta tarasowymi polami ryżowymi. Część południowa jest w miarę płaska, również pokryta polami ryżowymi i stawami rybnymi. W ryżu siedzą bawoły, które dla ochłody zażywają błotnych kąpieli. Bawoły są symbolem statusu dla Torajan (oznaczają bogactwo i siłę), dlatego też trzeba o nie wyjątkowo dbać. Najdroższe bawoły albinosy mają swoich opiekunów, którzy je karmią (dobierają odpowiednio trawy i zboża) oraz myją (podobno nawet szamponem:). Takie bawoły osiągają zawrotne ceny na targach – podobno za bawoła można nawet kupić ziemię. Ja jednak patrząc na bawoły relaksujące się w błocie, myślałam tylko o ich smutnym końcu. Cóż, może rzeczwywiście ich duch spotka w zaświatach swojego Pana.

Żeby dopełnić obraz krainy Torajan trzeba jeszcze wspomnieć o tutejszej architekturze, która jest wyjątkowa w skali światowej. Słynie ona przede wszystkim z dachów, które swym kształtem przypominać mają rogi bawoła. Takie zakończenia mają nie tylko domy rodzinne Torajan, ale przede wszystkim ich sławne spichlerze na ryż (im więcej spichlerzy tym bogatszy dom), domy dla zmarłych, a także, co ciekawe, urzędy, szpitale i kościoły. To dosyć niesamowite w jakiej symbiozie żyje tutejszy chrześcijanizm z animizmem Torajan. Torajanie uważają się bowiem za chrześcijan (protestantów żeby być dokładnym), a przed kościołami można znaleść podobizny byków. Można? Można.

Makassar po raz trzeci

Kolejny raz Makassar, wygląda na to, że to rzeczywiście wrota południowego Sulawesi:) Tym razem mieliśmy nawet trochę czasu na zwiedzanie, ale głównym celem wizyty był transfer do Tana Toraja. W tym celu chcieliśmy zakupić bilety autobusowe i oczywiście znowu znalazł się pan bardzo miły, który poinformował nas że na autobus poranny nie mamy co liczyć bo jutro niedziela, ale wieczorny to jest na pewno i on z chęcią nam na niego bilety kupi jeśli damy mu parę tysięcy rupii na paliwo. Ja mu prawie uwierzyłem. Magda wcale, więc pojechaliśmy na „dworzec”, gdzie okazało się, że co najmniej dwie firmy mają autobus rano w niedzielę. Przy okazji wyprawy na dworzec mieliśmy sposobność wysłuchania całej gamy odgłosów wydawanych przez bemo – od zwykłego klaksonu przez wycie alarmu samochodowego oraz syreny alarmowej do popiskiwania w stylu R2D2.

Dodatkową atrakcję pobytu stanowił hotel w którym się zatrzymaliśmy utrzymany w stylu alakolonialnym, który mieliśmy prawie cały dla siebie, nie licząc komarów chowających się w każdym możliwym kącie.

Manado – dziury, sklepy i korki

Tytuł wpisu mówi właściwie wszystko, co warto wiedzieć o Manado, stolicy północnego Sulawesi. Na skutek różnych zbiegów okoliczności mieliśmy wątpliwą przyjemność spędzić w tym mieście parę dni. O parę za dużo. Manado jest zazwyczaj dla turystów z Zachodu miastem przesiadkowym – przejeżdża się przez nie płynąc na Bunaken, do Cieśniny Lembeh, jadąc do parku Tangkoko czy do Tomohonu. Być może z tego powodu na samo miasto nie starczyło już atrakcji. Nie ma w nim dosłownie nic do zobaczenia. Jest jedno muzeum, które zawiera kilka rozpikselowanych powiększonych zdjęć, parę mebli przy których ktoś kiedyś siedział no i parę wątpliwej urody dzieł sztuki (portret opisywanego wcześniej wyraka upiora zamieszczamy – można porównać z oryginałem:)). Są w mieście ze dwie chińskie świątynie, parę meczetów i śmierdzący port, w którym odgrywany jest do znudzenia ten sam numer: „Panie, łodzi publicznej dzisiaj nie ma bo święto/już odpłynęła/zepsuła się/lokalni wyczarterowali/itd. Musisz Pan wynająć moją łódź za 50 dolarów”. Oczywiście po krótkim spacerze w jedną i w drugą udaje się znaleźć nieźle schowaną przystań publiczną, a w niej łódź za… 5 dolarów. Ale wróćmy do Manado. Co więc w Manado jeszcze jest? Są sklepy! Całe mnóstwo sklepów, sklepików, galerii handlowych, malli, domów towarowych jak zwał, to zwał czyli wszystkiego, w czym można wydać pieniądze. Naprawdę ilość takich przybytków jest zastraszająca. Oczywiście jest w nich dosyć przewidywalny asortyment – mnóstwo ciuchów, mnóstwo elektroniki (ale nie tej, której nam było trzeba) i jedzenie. Niezależnie od dnia i godziny (oprócz dnia po Ramandanie:)) kłębią się wnich tłumy ludzi. Owe tłumy muszą się też przemieszczać, więc wraz z ruchem turystycznym powoduje to niemożebne korki. Mikrolety, motory, kijangi wpychają sie wszędzie, gdzie mogą. Pieszych ruch w Manado nie przewiduje. Nie dość, że trudno w mieście znaleźć chodnik, to jak już się go znajdzie trzeba naprawdę uważać, żeby nie wpaść w gigantyczną dziurę do śmieci i szczurów. Lepiej więc chodzić po ulicy, co też jest niemiłe z powodów wymienionych powyżej.
W Manado przytrafiło nam się również kilka niecodziennych spotkań. Oprócz setek (nie przesadzam) zawołań „Heloł mister” wykrzykiwanych przez co odważniejszych na każdej ulicy, udało nam się spotkać dwie studentki, które po łażeniu za nami przez parę godzin i zadawaniu podejrzanych pytań (naprawdę prawie nie ma w waszym kraju muzułmanów?!) zapytały czy mogą się za nas pomodlić do Pana Jezusa (zgodziliśmy się, a co), a Piotrek spotkał w drodze po jedzenie Panią Lindę, która bardzo chciała się dowiedzieć czy lubi Panie. Piotrek poinformował Lindę, że a i owszem, Panie bardzo lubi i dlatego właśnie do swojej idzie. I poszedł w swoją stronę:)
Jedyne, co nas w Manado ratowało, to pokój 211 w Hotelu Celebes z w miarę działającą klimą, w miarę czystą łazeniką i wifi, które oficjalnie nie działało, ale działało. Kochani czytelnicy, omijajcie Manado szerokim łukiem.

Baudrillard w parku Tangkoko

W tamtym roku kupiliśmy do kuchni wielki kalendarz, w którym na każdy miesiąc przypadały dwa zdjęcia: jedno krajobrazu, drugie stworzenia, które ów krajobraz zamieszkuje. Największe wrażenie zrobiło na nas zdjęcie czarnej plaży, na której leżały kolorowe, nieznane nam kwiaty. Podpis pod zdjęciem głosił: Tangkoko Batuangas Dua Saudara Park. Jak się okazało, ów park znajduje się nie gdzie indziej, ale na północy Sulawesi, rzut beretm od Manado. Korzystając z okazji pojechaliśmy więc do Tangkoko poszukać naszego widoku z kalendarza. Dotarliśmy do wioski Batuputih, która stanowi bazę wypadową dla Tangkoko. Wioska to klasyczna ulicówka, z kilkoma sklepami, kilkoma domami, mnóstem kurczaków i psów, no i oczywiście dzieci. No i z furami. Fury, jak u nas, przejeżdżały co jakiś czas przez wioskę, a ich kierowcy sprawdzali wytrzymałość głośników puszczając lokalne disco. Właściwie nie tylko lokalne, bo udało nam się także usłyszeć polskie swojskie disco polo:) Jako, że do Tangkoko dotarliśmy po rajskim Lembehu, wrażenia były dosyć ekstremalne. Ale nic to. Udaliśmy się na poszukiwanie naszego widoku. Nie zdziwi Was zapewne, że go nie znaleźliśmy, jak to z simulacrum bywa. Czarna plaża, owszem, zrobiła na nas wrażenie, ale znaleźć na niej jakiekolwiek kwiaty było wyzwaniem. Udało nam się oczywiście, ale wyglądały one nieco inaczej niż na sławnym zdjęciu. Przede wszystkim były zmoczone i pozbawione koloru, no i ich „rozrzut” na plaży nie był tak idealnie symetryczny jak na zdjęciu. No dobra, wszyscy wiemy, że fotografowie trochę (lub więcej niż trochę) sobie pomagają podczas robienia idealnych zdjęć, ale tak czy inaczej, zderzenie simulacrum parku z parkiem było rozczarowujące. Oczywiście, jak u Baudrillarda, park na zdjęciu wyglądał bardziej parkowo i prawdziwie niż ten rzeczywisty, nieco wyblakły i nieco zmoczony. Na szczęście Tangkoko słynie nie tylko z czarnej plaży, ale także z lasu i tego, co las zamieszkuje. A zamieszkuje go kultowe stworzenie czyli tarsier, po polsku uroczo wyrak upiór. Wyraki słyną przede wszystkim ze swoich oczu, które są większe niż ich żołądki:) Oczy są na tyle duże, że wyraki nie mogą ich obrócić. Aby więc zobaczyć, to co z tyłu, wyrak obraca całą głowę, która na szczęście może się obrócić prawie o 360 stopni:) Co więcej stworzenia te mają też wielkie, wrażliwe uszy, nieproporcjonalnie długie nogi i ogon, co pozwala im naprawdę szybko skakać na duże odległości. Z opisu wynikałoby, że nie są to najładniejsze stworki pod słońcem. A jednak tak nie jest – wyraki to naprawdę słodziaki – małe, futrzaste kulki, patrzące na Ciebie wielkimi oczami. I znowu muszę oddać hołd Baudrillardowi. Gdy zobaczyliśmy wyraka z Piotrkiem stwierdziliśmy, że wygląda zupełnie jak miś z trzeciej części Gwiezdnych Wojen… I tak nie istniejący miś tał się odniesieniem do istniejącego wyraka:) Tak czy inaczej wstaliśmy o 4 rano i udaliśmy się na poszukiwanie stworków. Wyraki zostały znalezione i dzielnie pozowały do zdjęć. Przychodziło im to zapewne łatwo, bo przy okazji dostawały od przewodników koniki polne na śniadanie. I choć nie popieram karmienia dzikich zwierząt, to atak wyraka na konika był naprawdę spektakularny. Po trwającej w nieskończoność sesji fotograficznej wyraków, udaliśmy się na poszukiwanie kolejnych mieszkańców parku. Znaleźliśmy więc nietoperze w starym drzewie, ogromnego tatę dzioborożca karmiącego młodego w gnieździe, a także drugą największą atrakcję parku, czyli czarne makaki czubate. Makaki te są gatunkiem endemicznym na Sulawesi, w dodatku krytycznie zagrożonym. Tym fajniej było je zobaczyć w całym stadzie. Oczywiście przeważnie oglądaliśmy ich pośladki, bo małpy zachowywały dystans, ale gdy odwracały sie na chwilę przodem można było podziwiać ich czarne irokezy. Spacer po parku był więc naprawdę super. Mam tylko nadzieję, że makaki przetrwają kłusowników i nielgalny wyrąb ich lasu, który gwałtownie postępuje w parku Tangkoko. W miejsce lasu sadzone są bowiem palmy, które przynoszą zysk, znacznie większy niż kilka czarnych małp i dziwnych wielkookich stworzeń.

Stwory z Lembeh

O Lembeh marzyliśmy od dawna. To jedno z tych miejsc, które każdy nurek zna – albo z opowieści, albo ze zdjęć z magazynów nurkowych. Kadr: czarny piasek a na nim to COŚ – zazwyczaj coś dziwnego, czego nigdy wcześniej się nie widziało – często wielkości mikroskopijnej, albo tak dobrze zakamuflowane, że dobre parę minut zajmuje tego czegoś rozpoznanie. Te cosie mają w języku angielskim swoją wspólną nazwę – critters. W wolnym tłumaczeniu – stwory. Postanowiliśmy, że na stwory nie będziemy żałować funduszy i pojechaliśmy na 4 dni nurkować w mule Cieśniny Lembeh. Niesodzianki czekały na nas od samego początku. Resort nurkowy, który wybraliśmy w ostatniej chwili, okazał się być znacznie ładniejszy niż na zdjęciach (zazwyczaj działa to w drugą stronę) a w dodatku prawie pusty, bo niedawano się otworzył. Cała kadra dbała więc o nas aż za bardzo – od kelnerek zaczynając, na generalnym szefie kończąc. Przewodnika mieliśmy praktycznie tylko dla siebie, wielką łódź nurkową także. Nasz luksuśny domek miał werandę nad samą wodą z widokiem na wulkany. Posiłki składały się z trzech dań i codziennie serwowany był deser (!). No i nurki. Przyjeżdżając do Lembeh obawiałam się, że się zawiodę – często tak bywa z wielkimi oczekiwaniami. A jednak tak się nie stało. Na każdym nurku (a zrobiliśmy ich dziesięć) widziałam nie jedno, nie dwa, ale po kilka stworów, których nigdy wcześniej nie widziałam, a często nie wiedziałam, że istnieją. Część z nich znałam oczywiście ze zdjęć innych nurków, ale część była wielkim odkryciem. Były więc koniki morskie – te „zwykłe” (common sea horse) i mniej zwykłe, wielkości paznokcia (pygmy sea horse). Były skorpeny jak nie z tego świata – skorpeny z demonicznymi palcami (spiny devil scorpionfish) czy skorpeny z wielkimi włochatymi brwiami (ambon scorpionfish). Były ślimaki, zwane pieszczotliwie nudisami, w najróżniejszych odmianach kolorystycznych i gatunkowych. Były antenice (frogfish) udające gąbki, kraby udające glony, smoki morskie (lembeh sea dragon) udające trudno powiedzieć co, krewetki mieszkające w ukwiałach, mątwy w kolorach zupełnie niemątwowych (flamboyant cuttlefish) i ośmiornice. Ośmiornice nie takie tam zwykłe, rafowe, ale Stwory z prawdziwego zdarzenia: zobaczyliśmy ośmiornicę włochatą (hairy octopus), ośmiornicę udającą wszystkie inne stworzenia, ale nie ośmiornicę (mimic octopus) i najbardziej jadowitą ośmiornicę świata (blue ringed octopus). Śmiało mogę powiedzieć, że były to jedne z najlepszych nurków jakie zrobiłam podczas mojej prawie już 10 letniej nurkowej kariery. Jedne, czego się obawiam to fakt, że nurkowanie nigdy nie będzie już takie samo i prawdobodobnie nigdzie nie będzie tak dobre. Więc oczywiście myślę już jak by tu do Lembeh wrócić:)

Bunaken, czyli nie mylić północy z południem

Para Australijczyków, która pracowała z nami na Hodze przyjechała na Wakatobi myśląc, że jest to słynące na całym świecie Bunaken. Za pomyłkę w kierunku geograficznym (Bunaken leży na północy Sulawesi, Wakatobi na południu) sporo zapłacili. Jak się bowiem szybko przekonaliśmy, podwodny Bunaken jest jednym z piękniejszych miejsc, jakie widzieliśmy. Tutejsze rafy są nienaruszone, korale gigantyczne, gorgonie, gąbki, ryby, ślimaki i żółwie niesamowite.Rafa znajduje się dwa kroki od domku, więc nie trzeba daleko chodzić by tego wszystkiego doświadczyć. Męczone dynamitem, przełowione Wakatobi nie wytrzymuje porównania.

Zadziwiające jest to jak bardzo Północ Sulawesi różni się od Południa. Po pierwsze i najważniejsze różni się dominującą religią. Kiedy opuszczaliśmy Bau Bau, islamskie południe świętowało właśnie koniec Ramadanu. W meczecie koło hotelu masa ludzi, od 5 rano nie spaliśmy chcąc nie chcąc uczestnicząc biernie w modłach. Na ulicach tłum odświętnie ubranych kobiet i mężczyzn. Wieczorem fajerwerki. Szaleństwo jednym słowem. Na lotnisku w Makassarze wszyscy robili sobie zdjęcia pod papierowym meczetem z życzeniami szczęśliwego Idul Fitri. Nawet pilot w samolocie do Manado życzył wszystkim muzułmanom na pokładzie szczęśliwego zakończenia postu. Wyądowaliśmy wieczorem w Manado, a tam…nic. Ciemno, cicho, nic się nie dzieje. Następnego dnia podobnie – wszystko zamknięte, śladu po świętowaniu nie ma, na ulicach dziwnie mało kobiet w chustach. Pomyśleliśmy, że może wszyscy odpoczywają po świętowaniu. Przepłynęliśmy łodzią na Bunaken i kolejne zaskoczenie. Po pierwsze – krzyże: n łodzi, na szyjach, przed domami. Po drugie – młode i nie takie młode Indonezyjki ubrane w bardzo, bardzo skąpe stroje. Po trzecie – świnie – małe, duże i średnie, które opanowały wioski i drogi do nich prowadzące (nie pamiętam już kiedy jedliśmy wieprzowinę…). Po czwarte i najważniejsze – nad blaszanymi dachami króluje ogromny (wielkości tego na placu Szembeka) różowy Kościół. Hmmm. Nieco później ktoś uświadomił nam, że 90% mieszkańców wyspy stanowią chrześcijanie, a tylko 10% muzułmanie (do liczb lepiej się nie przywiązywać, ale proporcję oddają). I choć to wszystko już teraz wiem, to po dwóch miesiącach w nieco innej kulturze nie jestem w stanie wybiec na plażę w bikini, a piwo piję nieco z ukrycia:)

Makassar

Znowu lotnisko w Makassarze, tym razem wrażenia dużo lepsze niż poprzednio, chociażby z uwagi na towarzystwo części załogi nurkowej z Hogi. No i udało nam się przekonać panią z check-in’u, że torba sprzętu nurkowego leci za darmo.

A ten wpis jest tylko po to żeby ładnie na mapie wyglądało:)