Dzień czwarty: Moni – Ende

Ostatni dzień naszego pobytu na Flores zaczęliśmy gdy było jeszcze ciemno, czyli o 5 rano. Naga nauczony doświadzeniem wstał wcześniej wywietrzyć auto, więc szyby były w całkiem niezłym stanie. Poranna pobudka miała na celu obejrzenie Kelimutu o wschodzie słońca. Kelimutu to chyba najsławniejsze miejsce na Flores – na tle Kelimutu występują chociażby politycy lokalni na swoich plakatach wyborczych. Kelimutu to były wulkan, którego krater zdobią teraz trzy jeziora, każde w innym kolorze. Dwa z nich przez cały rok ma kolory stałe: jedno turkusowe, drugie czarne. Trzecie jezioro zmienia kolory w czasie: bywa żółte, czerwone, brązowe i zielone. My zobaczyliśmy jego zielone oblicze. Widok jezior zapiera dech, nic więc dziwnego, że wiąże się z nimi legenda. Według miejscowych do jezior wędrują dusze zmarłych: dusze młodych spoczywają w ciepłym jeziorze turkusowym (Tiwu Nuwa Muri Koo Fai), dusze ludzi starych w zimnym jeziorze o zmiennych barwach (Tiwu Ata Polo), natomiast dusze ludzi szalonych w jeziorze czarnym (Tiwi Ata Mbupu). Po dosyć długim gapieniu się na zmieniające odcienie jeziora zeszliśmy na dół. Po zasłużonym śniadaniu (oczywiście banana pancake) pojechaliśmy nad miejscowy wodospad. Okazał się być bardzo urokliwy, z naprawdę ciepłym basenem i dosyć silnym prądem. Było więc kąpanie i przepływanie przez wodospad – jak z reklamy szamponu:) Wodospad okazał się być strzałem w dziesiątkę – niektórzy spali, inni się pławili, jeszcze inni obserwowli miejscowych, którzy przemykali koło wodospadu. Były to główne kobiety z wielkimi koszami liści na głowie, ale zdarzali się także młodzieńcy z wiatrówkami. Okazało się, że polowanie na ptaki jest tutaj szalenie modne. Widzieliśmy niestety ze dwie ofiary tej lokalnej rozrywki. Po relaksie nad wodą ruszyliśmy prosto do Ende. Po drodze widoki nie z tej ziemi – tarasowe pola ryżowe, góry, dolina rzeki, dżungla. Szkoda było wjeżdżać do Ende, które niestety jest małym, brzydkim i brudnym miasteczkiem. Ma co prawda czarną plażę, ale trochę strach po niej spacerować. Przy porcie biegają całkiem spore szczury wespół w zespół z karaluchami. W Ende udało nam się również trafić do najwolniejszej restauracji świata, gdzie zdaje się gotowali jedno danie po drugim, tak że ostatnia osoba, która posiłek dostała otzymała go razem z deserem (lody do gorącej zupy…). Ale to, co zapamiętamy pozwytywnie, to mieszkańców miasteczka, którzy okazali się niezmiernie życzliwi. Rekord pobiła pani kelnerka z drugiej restauracji, która przyniosła nam do naszego hotelu torebkę, którą nieopatrznie zostawiliśmy przy jedzeniu. Warto wspomnieć, że hotel nasz był oddalony o jakieś pół godziny od knajpy i pani musiała go najpierw zlokalizować, bo nie wiedziała gdzie śpimy. Nie muszę chyba mówić, że w torebce była dosyć pokaźna zawartość i oczywiście nic z niej nie zginęło. Eh, żeby wszyscy byli tacy jak pani kelnerka z Ende…

Dzień trzeci: Bajawa – Moni

Dzień trzeci zaczęliśmy wcześnie – już przed 6 rano cała załoga spotkała się przed autem, by ruszyć na zaplanowany wcześniej trekking. O ile my byliśmy gotowi, to nasze auto średnio. Temperatura nocna spowodowała bowiem zaparowanie szyb – a w aucie indonezysjkim brak jest ogrzewania, a także nawiewu na szybę. W końcu to Indonezja, nie?! No więc wespół w zespół przy otwartych oknach, z użyciem szmatek i przy kilku postojach udało nam się dotrzeć do szlaku, który prowadził do Wawo Mudy, czyli miejsca, w którym całkiem niedawno, bo z 10 lat temu, wybuchł wulkan. Ruszyliśmy na szlak i oczywiście dość szybko zgubiliśmy drogę (na którym skrzyżowaniu miało być w prawo?). Na szczęście zza wzgórza wyłonił się Leśny Ludek, który po krótkiej wymianie zdań w naszym mikro indonezysjkim stwierdził, że nam pokaże właściwą drogę, bo ma po drodze. Nasz dobry duch pokonał z nami całą drogę na szczyt wielokrotnie wskazując dobry skręt (bez niego pewnie do dziś błądzilibyśmy w okolicy). Cały czas też coś opowiadał, a że pomagał sobie gestami, całkiem sporo zrozumieliśmy. Na przykład o wulkanie. Przy jego krawędzi spacerował w jedną i drugą pokazując gdzie wulkan wybuchł (bum! bum! i rękoma demonstrował wyrzut kamieni) a gdzie pozostawił ślady. Rzeczywiście drzewa były w okolicy spalone, krater do dziś widoczny. Szkoda tylko, że trzy pomarańczowe jeziora, stanowiące najładniejszą pozostałość po wybuchu, akurat wyschły, bo pora sucha była w pełenj krasie. Tak czy siak widoki ze szlaku były naprawdę imponujące, szczególnie na górującą obok Gunung Inerie.

Kolejnym punktem programu były tradycyjne wioski plemienia Ngada – Bena i Luba. Luba była wyludniona, bo wszyscy poszli debatować o jakiejś niezmiernie ważnej sprawie. Między domami snuły się tylko zakatarzone dziedziaki i starcy. Stwierdziliśmy więc, że nie będziemy się narzucać i przenieśliśmy się do Beny. Bena dla odmiany bardziej przypominała skansen, niż miejsce, w któym ktoś mieszka. Pięknie położone tradycyjne domy z rzeźbami na dachach, przed któymi podziwiać można było ngadhu i bhaga, czyli odpowiednio męski i żeński pierwiastek przedstawiony za pomocą słomianej struktury przypominającej parasol (męski) oraz domek (żeński). Ngada wciąż bowiem kultywują wiele z animistycznych zwyczajów. Przed domami siedziały panie, które wyplatały sarongi, mając nadzieję na ich szybką sprzedaż.

Po opuszczeniu wiosek ruszyliśmy w długą podróż do Moni. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze przy niezwykle oryginalnym miejscu, a mianowicie przy plaży zielonych (tudzież niebieskich, w zależności od płci lub stopnia daltonizmu) kamieni w Ende. Z nieznanych nam przyczyn na plażę tą morze wyrzuca setki zielono-niebieskich kamieni różnej wielkości i kształtów. Plażę zapowiadają kupy kamieni leżące na poboczu drogi, oraz krzątający się koło nich ludzie. Jak się okazuje, kamienie z Ende są dobrym materiałem na sprzedaż. Mieszkańcy okolicy zbierają je więc, segregują, pakują i sprzedają. A morze na miejsce tych zebranych wyrzuca wciąż nowe. Spacerując po plaży zastanawialiśmy się jak by wyglądała, gdyby nie lokalny przemysł kamieniowy. Ale kamienie są tak urokliwe, że nawet my się nim nie oparliśmy – każdy zabrał do domu rzynajmniej jeden, na szczęście oczywiście.

Dzień drugi: Ruteng – Bajawa

Dzień zaczęliśmy od banana pancakes, potem przeszliśmy do ustalania wspólnej wersji programu wycieczki z kierowcą, do którego to zadania z bliżej nie określonych przyczyny wyznaczony zostałem ja. Kiedy już obie strony wiedziały czego się dalej spodziewać ruszyliśmy w drogę. Atrakcją dnia była „fabryka” araku, czyli indonezyjskiego bimbru produkowanego z soku jednej z palm. Arak otrzymuje się destylując sfermentowany sok palmowy. Destylacja polega na podgrzewaniu dzbana palmowego zacieru na ogniu i przepuszczaniu oparów przez kilkumetrowej długości bambus. W bambusowej rurze następuje skroplenie oparów i owa skroplina łapana jest w butelkę po wodzie (brawo za recykling). Jeśli potrzebny jest trunek o większej mocy można ponownie przedestylować otrzymany płyn. Do gotowego napitku można też dodać cukier palmowy żeby osłabić bimbrowy posmak. Cała „fabryka” to szopa pod którą znajdowały się dwa „destylatory” (z czego jeden pracujący) i kilku panów nalewających trunek do degustacji. Fabryki araku dzielą się na te dobre i na te złe. Spożycie araku z dobrych powoduje dobry humor i inne takie, tego ze złych może powodować efekty uboczne ze zgonem włącznie. Sęk w tym żeby wiedzieć który jest który. My nie oślepliśmy :)

Z innych wydarzeń to moje pseudo antypoślizgowe japonki zostały popołudniem porwane przez psa, który według ostrzeżeń właściciela hotelu miał grasować jedynie w nocy. I w sumie dobrze się stało, bo przez ich „antypośligowość” prawie przekopałem obiektywem taras ryżowy.

Wieczornej kąpieli zażyliśmy w towarzystwie paru setek Indonezyjczyków w gorących źródłach nieopodal Bajawy. Atmosfera była gorąca.

Dzień pierwszy: Labuan Bajo – Ruteng

Drogę z Labuan Bajo, na zachodnim skraju wyspy do oddalonego o 130 km Rutengu pokonaliśmy dosyć szybko. Stało się tak głównie przez pominięcie jednej z atrakcji dnia przez kierowcę, który w głowie miał sobie tylko znany plan podróży. Na szczęście na drugą atrakcję tego dnia już się zatrzymaliśmy, a były to pola ryżowe w kształcie sieci pajęćzej. Pola robiły wrażenie zarówno kształem, jak i rozmiarem. Ich rozmieszczenie oddawało strukturę społeczną tradycyjnej wioski. Po polach ryżowych udaliśmy się już prosto do Rutengu. Angielskie określenie „charmless” dobrze oddaje klimat tego miasta. Rozchodzące się w każdym kierunku ulice z domami krytymi blachą, za dnia ginące w ruchu motorowo-samochodowym, w nocy w ciemności miasta. Klimat nieco apokaliptyczny tworzą ogniska, palone co parędziesiąt metrów. Bo w Rutengu jest wieczorem zimno. Naprawdę. Zdziwiło nas, że w hotelu zamiast klimy zobaczyliśmy pierzyny, ale wieczorem je bardzo doceniliśmy. Z lokalnyh ciekawostek: najlepsza restauracja w mieście,do której zawożeni są wszyscy turyści, nazywa się Apage (albo Agape) i rzeczywiście jest całkiem niezła.

Autem przez Flores

Flores to wyspa w zdecydowanej większości katolicka (85% ludności), co jak na Indonezję jest dosyć wyjątkowe. Oczywiście w większych miastach, takich jak Ende czy Labuan Bajo jest też trochę muzułmanów, ale nie zmienia to faktu, że na wyspie królują kościoły. Oczywiście katolicyzm miesza się tutaj dosyć swobodnie z animizmem, bo lepiej złożyć ofiarę na rzecz pomyślności plonów niż nie złożyć i później żałować. Co ciekawe, prawie każdy mówiący po angielsku mieszkaniec Flores opowiadał nam o jakimś znajomym polskim księdzu (i nie był to ten sam ksiądz). Polscy duchowni mieli bowiem na wyspie swoje zasługi, nie tylko w dziedzinie religii, ale także w infrastrukturze. Ta bowiem jest na Flores dosyć… wyjątkowa. Kilka większych miast łączy jedna jedyna 670 kilometrowa „autostrada” (trans-Flores highway), czyli niezmiernie kręta jednopasmowa droga, która co chwilę wspina się i opada. W większości jest asfaltowa, ale trafiają się także fragmenty drogi w remoncie. Co ciekawe, wtedy drogi się nie zamyka, bo skoro jest jedna, to się nie da. Więc kierowcy muszą lawirować między koparkami, zwalonymi kupami piachu lub kamieni, właśnie wylanym asfaltem i robotnikami, a wszystko to przy często znikomej widoczności. Nasz Naga był w tym mistrzem – nie za szybko, nie za wolno, prowadził z anielską cierpliwością. Ale wróćmy do Flores. Wijące się drogi mają tę wadę, że pokonuje się 150 kilometrów w 6 godzin, ale tą zaletę, że widoki z trasy są powalające. Wulkany, tarasowe pola ryżowe, morze, dżungla, wodospady – wszystkie te cuda natury można podziwiać z okna samochodu. Flores wciąż jeszcze jest mało dostępne i przez to autentyczne. Wadą tej sytuacji jest zaś słaba baza hotelowo- restauracyjna. Nie chodzi tu tylko o pięcio gwiazdkowe resorty z basenami (któych po prostu nie ma) – chodzi w ogóle o wybór restauracji, hosteli, czy środków transportu. Tych pierwszych w każdym „mieście” jest słownie kilka, z któych może po 2 są do rozważenia. Z restauracjami sprawa wygląda podobnie i zjawisko że coś jest habis (co najprościej oddać za pomocą naszego „wyszło”, „skończyło się”) jest dosyć popularne. Nie mówię już o takich szczególach jak czystość stołów, czy sprawność obsługi, bo o tym należy po prostu przezornie zapomnieć. Jeśli chodzi o transport lokalny, to przyznam, że nie próbowaliśmy innego niż wynajęte auto z kierowcą, ale widoki z drogi utwierdziły nas w słuszości decyzji. Lokalne minibusy są zapachane do niemożliwości, z miejscami również na dachu, z kórych co i róż lecą na drogę śmiecie oraz torebki z zawartością co najmniej podejrzaną. Cóż, minibusy szczególnie sprzyjają chorobie lokomocyjnej. Flores nie jest więc dla wszystkich, ale tym, którzy się na to wszystko przygotują może pokazać naprawdę ciekawą i piękną twarz.

Komodo

Komodo to nazwa jednej z wysepek w parku morskim Komodo, która położona jest przy Flores, kolejnej dużej wyspie Indonezji. To, że słynie z waranów pewnie wszyscy wiedzą, ale to, że również z mant i pięknego podwodnego życia, już nie wszyscy. My pojechaliśmy eksplorować jedno i drugie. Po tradycyjnie spóźnionym, acz nietradycyjnie okrutnie gorącym locie do Labuan Bajo znaleźliśmy swojego nowego opiekuna Arnolda i zakwaterowaliśmy się na pięknej, drewnianej łodzi. Gdy zakupy napojów zostały wykonane, kajuty zajęte a sprzęt nurkowy sprawdzony, mogliśmy wypływać. Pierwsze nurki w okolicy Labuan Bajo nie powalały na kolana, ale na check dive się nadały. W między czasie spotkał nas pierwszy z wielu, charakterystycznych dla naszego pobytu w Indonezji momentów, w których słowa rusak (zepsuty) staje się niezmiernie przydatne. Otóż okazało się, że silnik główny jest rusak i trzeba wrócić do portu. Na szczęście port w Labuan Bajo jest dosyć urokliwy i wieczór na dachu łodzi był bardzo przyjemny. Nad ranem silnik ruszył, a wraz z nim my. Park morski Komodo jest naprawdę piękny – krajobraz to połączenie Egiptu z czymś dużo bardziej roślinnym, choć o tej porze roku już na pewno nie zielonym. Wzgórza wyłaniające się z błękitu miały kolor wypalonej trawy, która przed zachodem słońca przyjmowała ciepły, brązowo-czerwonawy odcień. Krajobrazy parku mogliśmy podziwiać zarówno z łodzi jak i z wyspowych wzgórz, na którą się wspinaliśmy.

Krajobrazy pod wodą to zupełnie inna historia – woda przejrzysta, ryb mnóśtwo, tylko prąd mógłby ktoś wyłączyć. Pierwsza przygoda z silnym prądem w Golden Passage wyglądała dosyć dramatycznie, ale zakończyła się pomyślnie. Wszyscy wynurzyli się we właściwym miejscu, niektórzy tylko trochę bardziej zestresowani od innych:) Dobre humory trochę popsuł kolejny rusak – tym razem padł silnik w małej łodzi. Na szczęście ten w dużej już nie grymasił. Kolejnego dnia zmierzyliśmy się z trzema nurkowymi sławami Komodo, czyli z Castle Rock, Crystal Rock i Cauldron. Dlaczego te akurat miejsca są sławne okazło się pod wodą. Mnóstwo (i naprawdę nie przesadzam) najróżniejszych ryb krążących nad nami w jedną i drugą stronę – olbrzymie karanksy, graniki, makrele, sweetlipsy, napoleony, a nawet rekiny przepływały między nurkami (któych swoją drogą też była niezła ławica) niczym się nie przejmując. Żółw bez stresu zajadał przy nas korala, skorpeny uciekały spod płetw, ślimaki spacerowały po skałach – jednym słowem nurkowy raj. Oczywiście nie obyło się bez przygód z prądem, wszak to Komodo, ale tym razem wszyscy byli już dobrze przygotowani. Udało nam się grupą przelecieć z prędkością światła z jednego końca przesmyku na drugi. Skupienie na drodze przeszkadzało nieco w podziwianiu krajobrazu, ale koniec końców, wszyscy spotkali się w cichej zatoczce na przystanek bezpieczeństwa. Usatysfakcjonowani z przebiegu zdarzeń mogliśmy cieszyć się wyjątkowo dobrą kolacją patrząc w gwiazdy. Następny i ostatni dzień w parku należał do wielkich zwierząt. Zaczęliśmy od nurka na Makassar Reef, zwanego przez niektóych Manta Point. Nasz dobru duch Arnold nastawił nad wcześniej, że napewno, ale to absolutnie nie zobaczymy mant, bo dawno ich już nie widziano, pogoda nie tak i tak dalej. No, ale spróbować trzeba. Jakież więc było nasze zdziwienie, gdy już w 8 minucie pojawiła się pierwsza manta! Z wrażenia mieliśmy problem z zaczepieniem się o rafę naszymi super hakami, ale po chwili się udało i mogliśmy podziwiać to majestatyczne stworzenie jak niczym się nie przejmując przepływa przed naszym nosem. Okazało się, że manty tego dnia przypłynęły i prezentowały się nam przez całego nurka. Tylko odhaczaliśmy się, dryfowaliśmy, zahaczaliśmy i podziwialiśmy. Co tu dużo gadać, było super!

Ale to nie koniec wrażeń. Czekały na nas jeszcze warany. Po południu dopłynęliśmy więc na Rincę, którą zamieszkują te olbrzymie gady.I co? Warany …. były.Je żeli ktoś jadąc „na smoki” z Komodo wyobraża sobie dramatyczne sceny polowań, pojedynków, skoków i innych spektakularnych zachowań pokazywanych przez National Geographic, to srogo się zawiedzie. Warany chowały się przed upałem w cieniu domków strażników, a ruchy ograniczały do absolutnego minimum (podnieść głowę czy nie podnieść? mrugnąć okiem czy nie?). Tylko jeden z nich zdecydował się przemaszerować przed turystami, co ci (wraz z nami oczywiście) uwiecznili pstrykając setki zdjęć. Po obejrzeniu „pokazowych” waranów poszliśmy na spacer po wyspie. I to tak naprawdę było super ciekawe. Widoki ze wzgórz były niesamowite, no i udało nam się napotkać paru innych mieszkańców parku: małpy, sarny, bawoła i ptaszory – grzebacze,które szukały w ziemi między innymi jaj smoków. Gniazda smoków też udało się zobaczyć, choć pilnujące je warany nawet nie mrugnęły powięką, gdy się do nich zbliżyliśmy. Rejs po Komodo zakończyliśmy spacerem po zupełnie odludnej plaży i, jakże by inaczej, drinkiem na dachu łodzi:)

Kecak i Kedonganan

Drugą połowę września przywitaliśmy na lotnisku Ngurah Rai czekając na jakże upragniony przyjazd gości. Goście dopisali przywożąc ogrom rodzinnego ciepła, a także inne przyziemne, acz wyczekane podarki w rodzaju żółtego sera, suchej krakowskiej czy biesiadnego chleba prosto z bazarku na Szembeka. Żeby móc nacieszyć się na spokojnie ich obecnością oraz dać im chwilę wytchnienia po podróży, spędziliśmy pierwsze parę dni w Jimbaranie zwiedzając okolicę. Plażę w Jimbaranie, która rzeczywiście jest dosyć urokliwa (i chyba najszersza na Bali) przeszliśmy parę razy w tę i z powrotem obserwując lokalnych rybaków walczących z falą, surferów tąże falą się cieszących i ubranych na biało Balijczyków świętujących jedną ze swoich licznych ceremoni. Rybackie łódki rzeczywiście mile oddziaływują na wzrok bo ich kolory, kształty i malunki są naprawdę różnorodne. Na węch za to silnie oddziałuje targ rybny w Kedonganan, z ogromnymi barakudami czy mahi-mahi, któych to zapach docierał aż na plażę. Aby zażyć nieco kultury udaliśmy się do Ulu Watu, świątyni najdalej wysuniętej na południe wyspy by oprócz zachodu słońca zobaczyć tam jeden z tradycyjnych tańców – kecak. Podczas zwiedzania świątyni udało nam się nic nie stracić na rzecz wrednych makaków, które oczywiście podejmowały próby kradzieży okularów, ale po wcześniejszych doświadczeniach byliśmy dobrze na to przygotowani – wszystko (a szczególnie okulary) na sznurku! Sam kecak zapowiadał się dosyć ciężko, bo mimo, że miejsca na nasze oko skończyły się jakieś 30 minut przed spektaklem, to dzielna obsługa upychała gości do samego końca. Miejsca na twardym betonie umilała nam jednak obserwacja reakcji na przedstawienie balijskich widzów, a szczególnie dzieci. W momentach gdy pojawiały się demony, mamy zasłaniały dzieciom oczy, choć te usilnie próbowały przez mamine ręce dojrzeć, to, co rzekomo takie straszne. Sam taniec, mimo tłumu, zrobił na nas duże wrażenie. Przede wszystkim na kecaku nie ma instrumentów. Muzyka tworzona jest przez chór mężczyzn, którzy albo śpiewają, albo skandują charakterystyczne czak-a-czak-a- czak. W kręgu przez nich stworzonych odbywa się sam taniec. Opowiada on historię z Ramayany, która sprowadza się mniej więcej do tego: Sita, żona księcia Ramy zostaje podstępem porwana przez Rawana, króla Lanki, który owej Sity bardzo pożąda. Rama rusza więc na ratunek żonie, ale sam nie dałby rady pokonać króla Lanki. Na szczęście w odzyskaniu żony pomaga mu małpi król Sugriwa. Akcja jest więc wartka, postaci dużo, ciągle coś się dzieje, ktoś skacze, ktoś ucieka, ktoś tańczy a chór skanduje. I to wszystko rozgrywa się w jednej z ładniej położonych świątyń na Bali. O tłumie przypomnieliśmy sobie wychodząc, gdy utknęliśmy najpierw w kolejce do wyjścia, a potem w wielkim korku do Jimbaran. Ale dla małpiego króla było warto:)

Trzynastego w KL…

… w dodatku piątek, a i jeszcze rok też trzynasty. Mimo to wszystko szło zgodnie z planem – autobus przywiózł nas o czasie, udało się dotrzeć na KL Sentral, potem było śniadanie w Złotych Łukach, kawka i internecik w Starbucksie i inne dworcowe luksusy. Kolejnym punktem programu miało być nadanie bagażu na lot na Bali, oczywiście również na dworcu, co dałoby nam spokojny dzień na zwiedzanie KL. Tutaj po raz pierwszy zadziałała pechowość daty. Pani z check-inu odmówiła nadania bagażu i w ogóle wydania kart pokładowych, jeśli nie pokażemy jej biletów wylotowych z Indonezji. Takich biletów oczywiście nie mieliśmy, bo nie wiemy gdzie będziemy z Indonezji wyjeżdżać, kiedy i czy w ogóle samolotem. To pani nie przekonało – nie ma biletów, nie ma karty pokładowej. No i weź tu teraz kup bilety do niewiadomo-jakiego-miejsca na bliżej nie określony termin :/ Całe szczęście, już po godzinie, udało się założyć rezerwację jednym z portali, który wysyła potwierdzenie bez natychmiastowej płatności kartą. W tym momencie znowu załączył się pech – rezerwacji nie można wydrukować bo jest piątkowe popołudnie, a w piątki po południu w dworcowej drukarni jest przerwa na modlitwę. Trzeba było poczekać, niestety przegapiliśmy dobry moment na ustawienie się w kolejce i przed nami znalazła się grupa studentów czekających na otwarcie drukarni, żeby poprawić swoje ściągnięte gdzieś z sieci projekty zaliczeniowe. W końcu udało się uzyskać wydruk rezerwacji, który wyglądał wystarczająco przekonująco i bagaże pojechały na lotnisko. Kiedy już wszystko wyglądało OK, znowu zadziałała data i moje wierne japonki wydały ostatnie tchnienie na środku hali dworca. Tutaj z pomocą przyszedł dworcowy 7-Eleven ze swoją ofertą klapków „antypośligowych”.

Ponieważ opanowanie sytuacji na dworcu zajęło nam sporo czasu, cały dzień w KL skurczył się do marnych paru godzin, ale czy tak udaliśmy się na Merdeka Square, zobaczyć co tam się zmieniło. Za dużo się nie zmieniło, za to data znowu dała znać o sobie – zaczęło padać. Wycofaliśmy się na stację i dalej na lotnisko.

Dalsza część podróży minęła spokojnie, do czasu odprawy paszportowej na Bali, bo pan od paszportów też zażyczył sobie biletów wylotowych (ode mnie, od Magdy nie:/). Całe szczęście to było już po północy bo pewnie byłoby słabo, gdyby nie rezerwacja, którą cały czas miałem w kieszeni:)