Yogya, czyli dwa Be

Jogja lub Yogya, czyli Yogyakarta to bezdyskusyjne travelerskie centrum Jawy. Nie dość, że nikt tu się nie dziwi widząc zachodniego turystę, to jeszcze na ulicach słychać głównie zachodnie języki, w tym nadspodziewanie często polski. Nie wiemy zupełnie, czemu akurat Yogyakartę upatrzyli sobie nasi rodacy, ale przyjeżdża ich tu sporo. Jogja to miasto spotkań przy piwie, relaksu, przedłużającego się „tylko przejazdem”. To też całkiem niezła baza wypadowa do okolicznych atrakcji – najsławniejszych świątyń Jawy czy wulkanu Merapi.Jogja to także centrum handlu – można tu kupić wszystko: ubrania, biżuterię, pamiątki no i oczywiście batik. Batik to pierwsze najważniejsze słowo na B. Sklepy z batikiem i „galerie z batikiem” to najczęściej spotykane miejsce w Jogjy: każdy oferuje batik najpiękniejszy, najlepszej jakości i najtańszy. Nas batik nie uwiódł, bo paleta barw, jak i wzorów jest dla nas nieco zbyt obfita. Ale mimo to, batiku się trochę naoglądaliśmy (dla tych co nie wiedzą: wzory na tkaninie batikowej uzyskuje się dzięki nakładaniu na nią wcześniej kilku warstw wosku). Drugie słowo na B, bez którego Jogja nie byłaby Jogją, to becak. Becak, czyli riksza to niezmiernie popularny środek transportu używany zarówno przez mieszkańców miasta, jak i turystów (nie sztuka odgadnąć, których bardziej opłaca się wieźć). Rikszarze stoją na każdym rogu i niezmordowanie oferują swoje usługi. Choć jazda rikszą to niedroga rozrywka (przejazd po mieście kosztuje mniej niż dolara) to jednak sama idea bycia wożonym przez jednego chudego rowerzystę zupełnie do nas nie przemawia. Konkurencję dla licznych becaków stanowią andongi, czyli dorożki. Stoją wzdłuż ulicy Malioboro koło becaków i zabierają tych, którzy do rikszy się nie zmieszczą. Jest jeszcze Transjogja, czyli miejska sieć autobusowa, ale ona wymaga odrębnej opowieści.
Mówi się, że Yogyakarta to centrum kultury i sztuki jawajskiej. Zapewne ma to coś wspólnego z faktem, że miastem wciąż rządzi sułtan, który w zamian za zasługi podczas wojny z Holendrami otrzymał gwarancję autonomii dla miasta od prezydenta Indonezji. To właśnie siedziba sułtana, czyli pochodzący z XVIII wieku kraton, jest obecnie centrum tradycyjnej sztuki. Na terenie kratonu mieszka ponad 25,000 ludzi, z czego 1000 pracuje dla sułtana. Kraton to w zasadzie miasto w mieście – są tu sklepy, szkoły, meczety i warsztaty produkujące batik i srebro. Część kratonu dostępna jest dla odwiedzających. Oprócz wystawionych na widok publicznych książęcych batików, powozów, biżuterii czy naczyń (z podobiznami kolejnych sułatnów) na terenie kratonu można także obejrzeć codzienne występy prezentujące tradycyjną szukę jawajską: a to grę na gamelanie, a to teatr cieni, innym razem taniec. Kraton rzeczywiście robi wrażenie miejsca, w którym czas się zatrzymał.Tylko indonezyjske wycieczki są takie same jak wszędzie – bez zdjęcia z cudzoziemcem nie opuszczą atrakcji.
W ramach ukulturalniania poszliśmy jeszcze w Yogyi na jawajski balet. Jego tematem była ta sama opowieść z Ramayany, która przedstawiana jest podczas kecaka. Znowu mamy porwanie przez demona i dzielnego króla małp, który ratuje porwaną. Ciekawie było zobaczyć tą samą historię pzedstawioną w zupełnie innym stylu. No i jeszcze można było sobie zrobić zdjęcie z tancerzami:P.
Na koniec warto jeszcze opowiedzieć o jogjańskich gangach. Nie są to jak by się mogło wydawać organizacje przestępcze, a małe uliczki, które krzyżują się w zakamarkach miasta. My mieszkaliśmy na Gangu II, w którym prócz kilku hosteli i restauracji był jeszcze meczet i boisko do piłki nożnej. No i coś zupełnie niesłychanego – gangi były na tyle wąskie, że nie można było jeździć po nich na motorze, dzięki czemu mieliśmy kilka naprawdę cichych nocy:)

Okolice Malang

Okolice Malang z opisu wydawały się nawet ciekawsze niż samo miasto. Postanowiliśmy więc na jeden dzień pożyczyć auto z kierwcą i objechać wszystko to, co nas zaintrygowało (motorem na Jawie nie odważyliśmy się jeździć, jednak ponad 130 milionów mieszkańców robi swoje). Zaczęliśmy więc od hinduskich świątyń, a właściwie ich pozostałości, które rozsiane są po całej okolicy. Świątynie te pochodzą z wieku XIII i były poświęcone królom z dynastii Singosari. Co ciekawe, były to świątynie pogrzebowe. Najbardziej podobały nam się pomniki złowrogich dwarapala (strażników przed złymi duchami), całe w czaszkach, kłach i innych nieprzyjemnych sprawach. Podczas spaceru do jednej ze stup, oprócz pięknych pół ryżowych, naoglądaliśmy się także całkiem sporo młodych i starych nagich ciał, których właściciele myli się w kanałku przy drodze nic nie robiąc sobie z turystów. No i kto mi powie, że Jawa jest konserwatywna? Po świątyniach odwiedziliśmy jeszcze największą w okolicy plantację herbaty w Wonosari. Teren plantacji był rzeczywiście ogromny, bo prócz samych roślin, była tam jeszcze fabryka, osiedle mieszkalne a nawet szkoła, dla dzieci pracowników. Była także część turystyczna, czyli restauracja serwująca lokalną herbatę, a także domki dla tych, którzy chcieliby przenocować na plantacji. Na plantacji uprawia się dwa rodzaje herbaty – jedną pochodzącą z Indii, drugą z Chin. Co ciekawe herbata z Wonosari sprzedawana jest między innymi Liptonowi i Pikcwickowi (a ten jak się okazało, kupuje herbatę trzeciej klasy, zamiast pierwszej:). Na plantacji pracują teraz głównie starsi, bo jak opowiadała przewdoniczka, młodym się już nie chce. Nic dziwnego – zbierać codziennie po kilkadziesiąt kilogramów liści w pełnym słońcu, to mała przyjemność. Na koniec dnia zostawiliśmy sobie jeszcze ogród botaniczny w Kebun Raya Purwodadi. Park był ładny, ogromny (na szczęście mieliśmy auto), ale znowu zawiedliśmy się brakiem stroczyków, których to poszukiwaliśmy przez dłuższy czas. Okazało się, że angreki, tak samo jak na Bali, nie kwitną w ogrodzie botanicznym i tak naprawdę nie ma co podziwiać. Całe szczęście, że były przynajmniej fajne kaktusy – wyprawa nie poszła na marne. Na koniec dnia przeszliśmy się jeszcze bulwarem willowym Malangu, oczywiście przy nieustannym hałasie przejeżdżających aut. Spacer zakończył się w Holand Bakery (sieciówka piekrani „europejskiej” w Indonezji), gdzie Piotrek spróbował indonezyjskiego przysmaku, czyli es cendol. Jest to kukurydziany słodki napój z zielonymi żelkami o smaku nie podobnym do niczego. Przygoda kulinarna ciekawa, ale na powtórkę nie ma ochoty:)

Aloha Malang

W Malangu spaliśmy w hotelu Aloha. Wbrew pozorom hotel nie był nastawiony na turystów zachodnich, ale na lokalnych ludzi biznesu. Pan w recepcji odmówił rezerwacji pokoju po angielsku – „bahasa only”. Jako, że był to jedyny przyzowity hotel, który miał wolne pokoje, nie pozostało nic innego jak spełnić prośbę pana. Piotrek, uzbrojony w rozmówki angielsko-indonezyjske z sukcesem zamówił dla nas pokój dwuosobowy (satu kamar, dua orang), z łazienką z wodą ciepłą (ada kamar mandi, air panas) i z wiatrakiem (ada kipas angin). Z ciekawostek hotel serwował tylko indonezyjskie śniadanie (ryż i warzywa, ryż i tempe, ryż i zupa, ryż i curry) no i oczywiście wszyscy hotelowi goście nie mogli oderwać od nas wzroku. Ale był w miłej i nawet cichej okolicy (wyłączając godziny modlitw, bo meczetów w okolicy było na tyle dużo, że podczas modłów powstawała niezła kakofonia) niedaleko stacji kolejowej i innych miastowych atrakcji. Patrząc z perspektywy, nie wiem do końca dlaczego przyjechliśmy do Malang. Chyba dlatego, że był po drodze, miał być urokliwy i mieć parę atrakcji. Urokliwy napewno nie był, bo oprócz naszej ulicy wszystkie inne było co najmniej dwupasmowe i pełne wszelkiego rodzaju pojazdów (z rikszami włącznie) a ilość magazynów, sklepów i wszelkich podobnych brzydkich budynków, była taka sama jak w innych indonezyjskich miastach. Poszliśmy na sławny ptasi targ i tak jak się spodziewalismy, miejsce to było bardziej przygnębiające niż pasjonujące. Ptaków oczywiście multum, małych, dużych, popularnych i zagrożonych, drugie tyle akcesoriów: wszelkich klatek, gadżetów i ptaskiego jedzenia (od bananów zaczynając na robalach kończąc). O ile małe ptaki miały klatki europejskich rozmiarów, to duże już nie: siedziały dokładnie w takich samych klatkach, jak te małe. Indyki musiały wystawiać głowę przez pręty, żeby się zmieścić, to samo gęsi i kury. Do jednej klatki włożonych było kilkadziesiąt małych ptaków (ile dało się upchnąć), a co jakiś czas spod ptasich klatek wyglądały klatki z kotami, wiewiórkami czy cywetami, zazwyczaj w opłakanym stanie. Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli się chce zobaczyć rzadkie ptaki, najlepiej pójść na ptasi targ w Malang. I rzeczwiście: podczas krótkiego spaceru udało nam się wypatrzyć choćby zagrożonego szpaka balisjkiego (którego na wolności żyje kilkanaście par). Jeden ze sprzedwców poinformował nas także konspiracyjnym szeptem, że na targu jest też „czany rynek”, gdzie można kupić wszystkie zagrożone gatunki – kwestia ceny. Nie sprawdzaliśmy, ale cały proceder wydał się nam dosyć przerażający. Dla ochłonięcia poszliśmy obejrzeć sąsiadujący targ roślinny, ale było już późno i niewiele się tam działo.
Malang upatrzyli sobie Holendrzy, którzy znaleźli w nim przyjemny, chłodniejszy klimat. Przebudowali więc miasto i uczynili z niego miejsce wypoczynku. Wiele budynków kolonialnych wciąż można oglądać (dużą część została odbudowana po 1945, kiedy to wiele z nich zostało podpalonych przez Indonezyjczyków którzy chcieli uniemożliwić Holendrom powrót). Obecnie stanowią one siedziby ważnych urzędników miejskich, bądź hoteli czy restauracji. W niektórych kelnerzy nadal mówią po niderlandzku i w takim języku jest też menu. Na Jawie pamięć o Holendrach jest wciąż żywa, co z jednej strony objawia się stosunkowo najlepszą z wszystkich wysp znajomością niderlandzkiego, ale także najhuczniejszym świętowaniem wyzwolenia spod holenderskiego jarzma. Równie często, co przeszłość za Holendrów, wspominana jest wizyta samego Soekarno, który w 1947 przemawiał na głównym placu miasta. Zdjęcia z tego wydarzenia wiszą nie tylko w jedynym muzeum w Malang, ale także w co drugiej restauracji. Zresztą plakaty z Ojcem Narodu były sprzedawane na rogach ulic przez Chińczyków wraz z plakatami gwiazd MTV: Biebera, Cyrus i innych. Ale historia Bung Karno to dłuższa i poważniejsza sprawa, więc opowiem ją kiedy indziej.

Przereklamowane Bromo

Kolejnym naszym jawajskim celem było Bromo, najsławniejszy wulkan w Indonezji. Problemy zaczęły się już w drodze na miejsce. Tak zwany standard transportowy: autobus publiczny (!) wysadza turystów nie na dworcu, ale pod agencją kuzyna/brata/kolegi, który tak się składa, ma bilety w miejsce gdzie turysta jedzie. Pada cena, całkiem do zaakceptowania, więc turysta wysiada. W agencji okazuje się, że ta cena to jednak nie, bo to publiczny autobus, ale już za dwa razy tyle szefu w miejsce upragnione zabierze. Oczywiście wszyscy przestają wiedzieć cokolwiek, gdy turysta nie chce jechać z szefem. Turysta bierze więc plecak i idzie przed siebie. Po drodze znajduje się kolejny pan, który oferuje cenę do przełknięcia. Zabiera turystów minibusem, ale za 2 kilometry staje, bo musi zebrać więcej pasażerów. Po 1,5 godzinie czekania nieśmiało stwierdza, że pasażerów za mało, więc trzeba będzie zapłacić więcej, bo mu się nie opłaca jechać (!!!). No więc turysta znowu bierze plecak i idzie przed siebie. I teraz gwóźdź programu: po 20 minutach podjeżdża inny minibus prawie pełny, któy chce turystę wziąć, choć oczywiście za więcej. Podczas negocjacji pojawia się ten pierwszy, który teraz już bardzo chce turystów wziąć za cenę pierwszą. Eh.. No więc dojechaliśmy co Cemoro Lawang, czyli wioski z widokiem na Bromo, za normalną cenę, ale w słabych humorach. Na miejscu jeszcze sprzedawcy gadżetów (czapek i rękawiczek dokładnie) próbowali „zachęcić” do spania w ich hostelu mówiąc, że w hotelu nie ma miejsc, ale mieli pecha, bo mieliśmy w tymże hotelu rezerwację:P. Po wahaniach zapisaliśmy się na standarodwy „Bromo tour” czyli wyjazd o 4 rano dżipem na punkt widokowy (znowu ten wschód słońca) i potem zjazd pod Bromo i trekking na wulkan. Popełniliśmy niestety jeden karygodny błąd – wybraliśmy się tam w niedzielę. Po dotarciu do punktu widokowego (przebiciu się przez jakieś 200 dżipów i drugie tyle motorów) ujrzeliśmy platformę z paroma setkami ludzi pchającymi się jeden na drugiego. Zdecydowaną większość tłumu stanowiły wycieczki szkolne (indonezyjskie oczywiście), których uczestnicy byli w takim samym stopniu zainteresowani zdjęciem z białym turystą, co wulkanem. Skutek był tego taki, że będziemy na nie wiem ilu indonezyjskich fejsbukach, a widoku nie zobaczyliśmy bo a) Indonezyjczycy b) chmury i w słabych nastrojach zjechaliśmy na dół. Oczywiście jak tylko zjechaliśmy, chmury się rozwiały i zapewne widok z góry zrobił się naprawdę wspaniały… Tak czy inaczej w pięknym słońcu zaczęliśmy wspinaczkę na brzeg Bromo. Oczywiście odbywała się ona w tym samym tłumie, który był na punkcie widokowym. Tym razem doszedł jeszcze piach w oczy, który był wzbijany przez kilkadziesiąt koni, które woziły zmęczonych Indonezyjczyków pod wulkan i z powrotem oraz ścisk na schodach, których dokładnie 234 prowadzi na szczyt. Po przeciśnięciu się przez tłum i kilku odmowach wywiadów (akurat w tym miejscu odpowiadanie na 10 standardowych pytań indonezyjskich studentów, to ostatnie, na co mieliśmy ochotę) udało nam się zobaczyć krater. Jest naprawdę fajny i rzeczywiście cały czas dymi. W dodatku, jak się opuści okolicę schodów, można go podziwiać prawie w samotności (samotność na Jawie nie istnieje). Po zejściu z krateru stwierdziliśmy, że wrócimy do hotelu piechotą, a nie dżipem. Widoki z „Morza Piasku” były niesamowite a wspinaczka na brzeg kolejnego krateru całkiem krótka. Jeszcze tego samego dnia po kolejnych przygodach transportowych (gdzie sztuczka z odchodzeniem z plecakiem znowu się sprawdziła) dotarliśmy do Malang, naszego kolejnego jawajskiego celu.

Ijen, ach Ijen

Podróż na Jawę zaczęliśmy od próby wydostania się z Bali transportem lądowym. Nie jest to wcale proste, bo a) są dwa dworce z których odchodzą tak samo obrzydliwe autobusy b) ilość naganiaczy i ich nahalność jest rekordowa i to nie tylko na skalę kraju c) autobusy jadą sobie tylko znanym grafikiem. Po odnalezieniu właściwego autobusu, odstaniu 1,5 godziny w dziwnych miejscach Denpasar i okolicy (kierowca musiał wypić kawę, potem pan bagażowy musiał zjeść bakso z kolegą, potem były papierosy i nie wiem co) udaliśmy się w drogę do Banyuwangi, najdalej wysuniętego na wschód miasteczka Jawy. Dotarliśmy tam po 5 godzinach przyklejania się do siedzenia (autobus podobno kiedyś miał klimę) i odczekania godziny w porcie, gdzie zrobił się korek. Na szczęście hotelik, w którym spaliśmy okazał się być naprawdę miłą przystanią. Panowie z hotelu polecili nam także rozpocząć podróż na Ijen nie o 4, a o 1 rano tak by zobaczyć tajemniczny niebieski ogień. O co chodziło z ogniem, nie do końca wiedzieliśmy, ale zdecydowaliśmy się sprawdzić. W środku nocy zaczęliśmy więc podejście. Gdy doszliśmy na brzeg krateru aż zaniemówiliśmy. W świetle księżyca było widać cały jego brzeg wraz z dymem śmierdzącym siarką, który wyłaniał się z głębiny krateru. Mimo gęstej atmosfery i zakazu schodzenia postanowiliśmy kontynuować szlak śladem innych i zejść nieco wgłąb. No i zobaczyliśmy niebieski ogień. Wrażenie było niesamowite – błekitne płomienie szalejące gdzieś w dole, a to niknące w siarkowym dymie, a to wybuchające z całą siłą. Stwierdziliśmy, że wyglądało to trochę jak wrota do piekła, szczególnie, że zapach był adekwatny. Parę razy dym nas zaatakował i rzeczywiście nie było widać nic, a oczy i nos dawały odczuć, że siarki nie lubią. Przed czwartą rano ruszyliśmy na górę, żeby zobaczyć wschód słońca. Śniadanie zjedliśmy więc podziwiając budzący się do życia krater, jezioro w jego wnętrzu, które nabierało turkusowych kolorów i złoża siarki, które teraz z niebieskich zmieniły się w naturalne, żółte. W drodze powrotnej spotkaliśmy też sławnych z filmu Glawoggera tragarzy siarki. Powiem tyle: ja miałam trudności z wspięciem się na górę bez 70kg siarki na plecach. Żeby było ciekawiej, wiecie za ile „chodzi siarka”? 700 rupii za kilogram, czyli mniej niż 10 centów. W dodatku siarki jest coraz mniej, więc praca staje się całkowicie nieopłacalna. Gdyby nie turyści, którzy w zamian za zdjęcie, lub kawałek siarki zostawiają panom kilka tysięcy, tytułowa śmierć człowieka pracy nastąpiła by znacznie szybciej. Jakby wrażeń nie było dosyć schodząc napotkaliśmy jeszcze kilka gibonów, które siedziały sobie na drzewie przy samym szlaku. A to wszystko tylko parę godzin od Bali.

Tłumy w Ubud

Z okazji pobytu gościa specjalnego zrobiliśmy drugie podejście do Ubud. Powiem tyle: zdania swojego o tym miejscu nie zmieniłam ani trochę. Turystów było znacznie więcej niż w kwietniu, przez co ruch samochodowo – motorowy był nieznośnie głośny i śmierdzący. Spacer wzdłuż Monkey Forest Road czy Hanomana był naprawdę małą przyjemnością. Dodatkowo wszyscy sprzedawcy, taksówkarze i panie od masażu się jeszcze bardziej uaktywnili, przez co pokonując ulicę można było usłyszeć „masaaaż”, zanim jeszcze przebrzmiało „transport, transport!”. No i jeszcze do tego gorąc niesamowity, który znacznie utrudniał przemieszczanie się po mieście. Tym bardziej cieszyliśmy się, że znaleźliśmy hotelik trochę poza miastem, wśród pól ryżowych i w dodatku z basenem:) Mogliśmy więc pół dnia spędzać na tak zwanym relaksie i potem, już nie w najgorszym słońcu, podziwiać atrakcje miasta. Odwiedzieliśmy więc ponownie ARMĘ, pałac, no i oczywiście sanktuarium z małpami. Te również okazały się nad wyraz aktywne, bo nie dość, że napadły naszego gościa, to jeszcze mnie (skok na torbę/plecak). Obyło się bez strat, bo małpy jak się okazało znają sztuczkę z kijkiem (wystaczy go mieć). Odwiedziliśmy też dwie nowe atrakcje, a mianowicie przesławną świątynię Tanah Lot i równie sławny Park Ptaków. Jeśli chodzi o świątynię, to było mniej więcej tak źle, jak się spodziewaliśmy. Tłumy turystów wszędzie, co chwilę atakujący handlarze pamiątek, pocztówek, napojów i zachód słońca, który wcale nie był nad świątynią:P Najbardziej podobały nam się dalsze świątynie położone na wystająch w morze skalnych cyplach. Jeśli chodzi o ptasi park, to zaskoczył nas pozytywnie. Choć wejście było okrutnie drogie, to przynajmniej teren był zadbany i przestrzeń była spora – większość ptaków latała razem w sporych wolierach (balijskiej, papuaskiej czy jawajskiej). W klatkach, bo w klatkach, ale udało nam się zobaczyć rajskie ptaki i niezmiernie rzadkiego balisjkiego szpaka. Choć takie miejsca zawsze wzbudzają dwuznaczne uczucia (w końcu to zoo) to jednak wolę zobaczyć rzadkie ptaki tam, gdzie mają prestrzeń, niż w tycich klatkach na ptasich bazarach.
Jednego wieczoru udaliśmy się także na tradycyjne tańce, by tym razem obejrzeć barong. W barongu się dzieje, bo oprócz aktorów w maskach występują też wielkie futrzane potwory: sam Barong, który jest czymś pomiędzy psem a lwem (gra go aż dwóch mężczyzn), oraz wiedźma Rangda równie włochata, z długimi pazurami i przerażającym wyglądem. Rangda pojawia się w pewnej wiosce i sieje zniszczenie – uprawia czarną magię i sprawia, że mieszkańców wioski prześladują demony. Pojawia się więc czarownik, uprawiający dobrą magię, który stara się wiedźmę przekonać do ucieczki z wioski. Ta jednak nie daje się przekonać, więc do walki z nią stają lokalni mężczyźni. Rangda jednak rzuca na nich czar, przez co zamiast atakować ją atakują siebie (starają się dźgać siebie krisami, czyli rytualnymi sztyletami). Wtedy czarownik zmienia się w Barnga i rusza na ratunek mężczyznom ku zagładzie wiedźmy. Jak pewnie zgadniecie, odnosi sukces. Przez całe przedstawienie nie mogłam wyjść z podziwu, jak w takim gorącu (a było potwornie duszno tego wieczoru) panowie ubrani w wielkiego włochatego stwora mogą jeszcze biegać. Szczególnie, że nawet my na widowni siedząc spływaliśmy potem. Na szczęście po przedstawieniu mogliśmy odpocząć na przewiewnym balkonie przy dużym Bintangu z widokiem na księżyc i palmy jakby wyjętym z obrazów Waltera Spies’a.

I znowu w Sanur

Po raz kolejny zawitaliśmy do Sanuru, tym razem w ramach spokojnej przesiadki między Flores a Bali. Sanur niezmiennie jest spokojny i przyjemny dla turystów. Nadmorską promenadę przespacerowaliśmy w tę i nazad, supermarket Hardy uratował moją garderobę no i udało się zjeść naprawdę dobre balijskie jedzenie w bardzo okazyjnej cenie. W Sanurze pożegnaliśmy też jednego członka załogi, który powrócił do zimnej ojczyzny.

Dzień trzeci: Ruteng – Labuan Bajo

Realizację programu zaczęliśmy od wizyty w wiosce Ruteng Pu’u, potem eksplorowaliśmy jaskinię Liang Bua w której całkiem niedawno, bo w 2003, znalezione zostały szczątki Homo florensis – wg. niektórych nieznanego do tej pory gatunku człowieka, według innych – patologicznych osobników Homo sapiens. Wdrapaliśmy się też na punkt widokowy nad pajęczymi polami ryżowymi w Cancar.

Ostatnią atrakcją była kolejna jaskinia – Batu Chermin, w której poza tym że mieszkają w niej pająki i nietoperze, można też zobaczyć połyskliwy nalot na ścianach dający jaskini jej imię – Jaskinia Luster.