Feels like Samui

No i wróciliśmy po raz kolejny na Samui. Tym razem niestandardowo, bo zamiast Seatran’em z Surat Thani – Lomprayah’ą z Koh Lanty. Lomprayah była nawet na tyle uprzejma, że zapewniła nam podwózkę do wybranego hotelu w konkurencyjnej do sawngthaew cenie 100 THB. Wybrany hotel to, oczywiście, Samui Mermaid (po raz nie wiem który spędzamy tu pierwsze parę dni na Samui). Pokój bardziej budżetowy niż zwykle, mimo że w tej samej cenie. Okazało się natomiast, że standard resortu się podwyższył, bo z recepcji pojechaliśmy to pokoju melexem :) Dalej też standardowo – kolacja w restauracji Mermaid, po czym ustawka na piwo z Tuktą w biurze ED. Standardowo na piwie się nie skończyło, bo przecież dzień bez gotowania jest dniem straconym, i byliśmy świadkami powstawania Tom Yam z rybą, którą Somkid wyciągnął dzisiaj na obrzeżach (mam nadzieję) parku morskiego Ang Thong. W trakcie konsumpcji przypadkowo przystąpiliśmy do organizowania sobie transportu i zakwaterowania na najbliższe parę tygodni. Okazało się, że Tukta ma do wypożyczenia mało bity motor w okazyjnej cenie, a w osiedlu domków nieopodal zwolniło się jedno miejsce. Zwolniło się bo dotychczasowy najemca zszedł na zawał. Problem polega na tym, że zorientowano się o tym dopiero po 4 dniach. Podobno wszystko już w domku wymienione, ale zobaczymy jutro. Przynajmniej będzie argument do targów:). Koniec wieczoru też całkiem standardowy – Stinky (aka Chai Noi) odprowadziła nas do „domu”, nie przepuszczając okazji na inspekcję sklepu Tesco Lotus, w którym po drodze kupowałem papierosy. No i teraz wszyscy Tajowie wiedzą już, że to pies farangów.

Muzułmańska Lanta

Na Lantę pojechaliśmy żeby zobaczyć dwa znane w świecie miejsca nurkowe – Hin Daeng i Hin Muang. Nazwy tych miejsc – Skała Czerwona i Skała Fioletowa pochodzą od kolorów miękkich korali, które je pokrywają. Trochę czasu zajęło nam znalezienie centrum nurkowego, które miałoby sensową ofertę a i to które znaleźliśmy okazało się być takie sobie. Po Ao Nang było to twarde lądowanie. Udało nam się zobaczyć obie skały oraz inne słane miejsce – Koh Haa (Pięć Wysp), ale niestety warunki były fatalne. Sztorm, który przechodził wcześniej przez całe południe Tajlandii spowodował spadek widoczności do 2 metrów na Koh Haa i 5 metrów na Hin Daeng i Hin Muang. Mimo warunków udało nam się coś innego zobaczyć. I choć wszyscy podniecali się parą mant, które przepłyneły przez Hin Daeng (co po Bali i Komodo nas nie ruszyło), to na nas dużo większe wrażenie zrobił ornate ghost pipefish , którego w tym roku jeszcze nie widzieliśmy (nie mówiąc o tym, że w ogóle widzieliśmy go dopiero trzeci raz w życiu). Oczywiście, zgodnie z prawem Murphy’ego w tym dniu Piotrek zapomniał obiektywu zbliżeniowego, więc zdjęcia naszego małego Graala nie są wymarzone. Eh, może jeszcze jakiś na nas czeka w Indonezji…

Jeśli chodzi o Lantę na powierzchni to nas nie zachwyciła. Stało się tak z wielu powodów. Po pierwsze Lanta jest w 90% muzułmańska, co w Tajlandii jest bardzo wyjątkowe. Skutkuje to przede wszystkim brakiem dostępności wieprzowiny (co akurat nie stanowi ogromnego problemu) i ograniczonej dostępności piwa (co już stawnowi pewien problem) ale, co najważniejsze, dosyć dziwnym klimatem panującym na wyspie. Nikt się nie uśmiecha, nikt nie zagaduje. Żeby wyjasnić o co mi dokładnie chodzi, muszę użyć bardzo dużych generalizacji (uczciwie ostrzegam). Tajowie – buddyści są zazwyczaj otwarci, uśmiechnięci, przyzwyczajeni do Farangów i wcale nie tak daleko obyczajowo od nich, w sensie, że lubią się napić, coś zapalić i ogólnie użyć życia. Jak łatwo można przewidzieć, Tajowie – muzułmanie nie za bardzo. Jako mniejszość religijna (w Tajlandii, ale nie na Lancie) nie przepadają za turystami z Zachodu, ba, średnio przepadają za pozostałymi Tajami i daje się to odczuć. Zresztą muzułmański ruch separatystyczny działa dosyć intensywnie na południu kraju – co parę dni media informują o kolejnej bombie podłożonej w tej okolicy. Rozmowy pokojowe, które odbywały sie w czerwcu, zostały zawieszone ze względu na znalezienie u reprezentanta ruchu, biorącego udział w rozmowach, całego arsenału. Co ciekawe, przywódcy ruchu odmawiają prowadzenia rozmów z rządem tajskim po tajsku – chcą je prowadzić tylko w bahasa malaysia i pod patronatem Malezji.

Suma sumarum w klimat Lanty zupełnie nie mogłam się wczuć, szczególnie w zestawieniu z Samui czy choćby z  Indonezją, gdzie wszyscy się do ciebie uśmiechają, zadają tysiące pytań i lubią wymienić poglądy na każdy temat.

Jeśli chodzi o krajobrazy Lanty, to przeważają tu plantacje kauczuku i palmy olejowej. Jest kilka ładnych plaż i zatoczek, ale w porównaniu do innych miejsc, które widzieliśmy, nie robi to takiego wrażenia. Jest też stare miasto – Old Lanta, które klimatem przypomina Fisherman’s Village z Samui, tyle, że dużo mniej tu turystów. Z naszej wyprawy na Lantę najbardziej podobało nam się jednak kajakowanie w mangrowcach (co prawda wypożyczenie kajaka okazało się być trudnym zadaniem), podczas którego mogliśmy się napatrzeć na walczące ze sobą kraby oraz małpy szalejące po plaży i kąpiące się w morzu.

Tak czy inaczej Lantę opuściliśmy z ulgą. Teraz już tylko Samui.

 

Krathongi, ślimaki i piwo w Ao Nang

Do Ao Nang pojechaliśmy aby spotkać się z Claire, naszą bratnia duszą z Hogi. No i coś ponurkować, coś pozwiedzać i zobaczyć jak wygląda druga strona południa Tajlandii. Nie bez znaczenia dla naszych planów była też pogoda – w teorii zachodnia strona Tajlandii w tym czasie powinna mieć najlepszą pogodę. Niestety wraz z nami przybył do Ao Nang descz i wiatr, który z wyjątkiem może jednego dnia nie opuszczał tej części kraju. Pogoda sprzyjała więc spotkaniom towarzyskim (bardzo owocnym zresztą), mało zaś zwiedzaniu i innym aktywnościom. Musieliśmy więc skreślić wycieczkę do Krabi i niestety do Railey, bo w dniu naszej wyprawy tak bardzo wiało, że żadne łodzie nie wypływaly z portu, a te które ten błąd zrobiły, dosyć szybko wracały. Zamiast wspinaczki na skały w Railey postanowiliśmy więc spróbować body boardingu (taki surfing dla leserów). Zdecydowanie do powtórzenia.

W ramach dziwnych zbiegów okoliczności w środku miasta wpadliśmy na Amandę, z którą 4 lata wcześniej pracowaliśmy na Samui. Do Amandy zaś dwa dni później przyjechała Tukta, więc mieliśmy w Ao Nang małe spotkanie rodem z Samui. Było gotowanie, popijanie i wspominanie. Razem wybraliśmy się także na zwiedzanie okolicy. Chcieliśmy zobaczyć „Cmentarzysko Muszli”, które jednak okazło się zalane przez falę przypływu, zwiedzić sklepy z perłami, co zrobiłyśmy z dużym zainteresowaniem, w przeciwieństwie do Piotrka i zobaczyć stawy rybne. Stawy wyglądały z zewnątrz podobnie do naszych polskich, z tą różnicą, że pływały w nich nie karpie, a rekiny, żółwie i karanksy. Były też oddziele stawiki, w których kłębiły się całe stada różnej wielkości błazenków. Wyprawę zakończyliśmy na doskonałej ciemnej zupie z wołowiny.

W Ao Nang spędziliśmy także Loi Krathong, jedno z oryginalniejszych świąt tajskich. W tym dniu Tajowie wysyłają w morze krathongi, czyli małe wieńce w kształcie kwiatu lotosu, oddając w ten sposób cześć duchom wody. Oprócz wieńców wysyłają także w niebo lampiony, które bardziej niż te pierwsze, stały się ikoną święta. My swojego krathonga nie kupiliśmy, zadowalając się widokiem wielu Tajskich rodzin, które walcząc z falą przypływu wysyłały w morze swoje życzenia i myśli.

Mimo niesprzyjającej pogody udało nam się  zanurkować kilka razy w okolicy Phi Phi z centrum nurkowym Claire – The Dive, jednym z lepiej zarządzanych centrów nurkowych, jakie do tej pory widzieliśmy. Warunki pod wodą były różne – od nurków zupełnie słabych, z widocznością w okolicy metra, do naprawdę fajnych, pełnych nowych ślimaków i innych dziwactw. Ogólnie Phi Phi wygląda gorzej niż 4 lata temu – rekinów lamparcich w zasadzie już nie ma, ostatnie frogfish’e zniknęły nie wiadomo kiedy. Nadal jest tu więcej życia niż po stronie Zatoki, ale zmiany widać gołym okiem. Na szczęście dzięki Claire udało się Piotrkowi uwiecznić parę nowych podwodnych okazów, w tym przedziwnego reticulated wart slug.

Ogólnie wyprawa do Ao Nang okazała się bardziej wyprawą do ludzi, niż do miejsc i w sumie było to bardzo miłą odmianą. Tak czy inaczej mamy niedostyt i planujemy wrócić szybko w te strony.

No a jutro na Lantę, zobaczyć Hin Daeng i Hin Muang.

Rezydencja w Hat Yai

Wczoraj wjechaliśmy do Tajlandii z ambitnym zamiarem dotarcia do Ao Nang, albo chociaż do Krabi. Plan niestety spalił na panewce. Spóźniony wyjazd z KL, autobus jadący trochę wolniej niż powinien, trochę dłużej na granicy itd. Koniec końców znaleźliśmy się w Hat Yai w Tajlandii około 1800, za późno na cokolwiek, poza szukaniem noclegu. Okazała się to trochę większym wyzwaniem niż się spodziewaliśmy, głównie z powodu tego, że poszukiwania zaczęliśmy od złej strony stacji, ale ogólnie w okolicy znalazł się całkiem przyjemny przybytek o miłej nazwie „CK Residence”. Dodatkowo zjedliśmy pierwszą od dłuższego czasu tajską zupę i naprawdę dobre zielone mango. To wynagrodziło nam trudy podróży. Z rana ruszyliśmy więc z nową energią do Ao Nang.

Dwie wieże

Znowu zawitaliśmy do stolicy Malezji celem uzyskania wizy, tym razem tajskiej. Zatrzymaliśmy się w sercu Chinatown, na ulicy Petaling w hotelu o tej samej nazwie. Okazał się to być przybytek podwójnego conajmniej przeznaczenia, o czym przekonaliśmy się gdy tylko tam dotarliśmy o drugiej w nocy, jeszcze przed przekroczeniem progu hotelu, zderzając się z parą męską-męską, która go właśnie opuszczała. No ale cena była atrakcyjna, a pokój w miarę cichy i, na pierwszy rzut oka, w miarę czysty. Jakże błędne było to pierwsze wrażenie…

Tajską ambasadę odwiedziliśmy skoro świt, o 11. Właściwie nie liczyliśmy na to, że uda się złożyć wnioski wizowe, bo w Lonleju było napisane, że ambasada przyjmuje petentów do 1130. Ku naszej radości okazało się, że 1130 to tylko godzina zamknięcia drzwi, a wszyscy którzy zdążą do tej pory pobrać numerek zostaną obsłużeni.

Następny dzień spędziliśmy odhaczając pozycje z listy rzeczy do zrobienia w KL: wjechać na Petronasy (wreszcie, po 4 latach prób:)), odwiedzić Muzeum Narodowe, zjeść duriana. Udało nam się również odebrać paszporty z wizami. Wyszła też na jaw nasza pomyłka w ocenie czystości pokoju – najpierw Magdę, a potem mnie pożarło coś, co mieszkało (chyba) w kocu…

Nazajutrz, posiliwszy się roti canai i teh tarik wziętymi na wynos z naszego ulubionego indyjskiego fastfooda (Shokram na rogu Jln Pudu i Jln Tun Perak), ruszyliśmy ze stacji Puduraya do Hatyai w Tajlandii.

Podkład

Ostatnio było o smakach, to teraz odrobina dźwięku:

Tegoroczny przebój indonezyjskich autobusów:). Niestety nie udało mi się znaleźć oficjalnego klipu.

Makan nasi goreng, czyli wszystko co musisz wiedzieć o kuchni indonezyjskiej

Żeby mówić o kuchni indonezyjskiej trzeba zacząć od ryżu. Bez ryżu nie ma tu życia. Ryż, czyli nasi (w przypadku mówienia o ryżu – jedzeniu, bowiem ryż – sadzonka czy ryż – ziarno, nazywają się inaczej) to podstawa prawie każdego posiłku. Jest więc przede wszystkim król wszystkich posiłków, bohater piosenek, czyli nasi goreng – ryż smażony. W skład którego wchodzi ryż, czasem warzywa (dobór może być przypadkowy, choć zazwyczaj jest tam marchewka i kapusta), czasem kurczak i zawsze sadzone jajko na wierzch oraz chipsy krewetkowe. Drugie popularne nasi, to nasi campur, czyli gotowany ryż z wyborem różnych dań (zazwyczaj coś mięsnego, coś warzywnego i jajko). Jajko, czyli telur, to kolejny element najczęściej występujący w daniach indonezyjskich. Jajko dodawane jest do ryżu, do makaronu i do zupy (w tym przypadku nie musi być smażone, może być gotowane). Po nasi goreng, następuje mie goreng, czyli smażony makaron. Również w wersji z warzywami, mięsem, chipsami krewetkowymi i jajkiem. Makaron może być różnej grubości, mniej lub bardziej przysmażony, ale zazwyczaj smakuje podobnie. Następna w kolejności jest zupa, czyli soto ayam. Jest to kwaśny rosół z kurczaka, z makaronem sojowym, jajkiem (!) serwowany z ryżem. Jest też bakso – najpopularniejsza zupa uliczna sprzedawana z wózków. Bakso to wywar (często bez smaku) z makaronem kilku rodzajów, z kapustą i z kulkami mięsnymi. W bakso super można też czasem znaleźć głęboko smażone wontony, a nawet jajko:) Są jeszcze sławne satay’e, czyli sate np. ayam (nie mylić z soto ayam), czyli po naszemu szaszłyki. Najczęściej występują w postaci szaszłyków z kurczaka (ayam), ale można także dostać satay’e z ryby (ikan). Sataye przyrządzane są na grillu, który to grill jest podgrzewany często przez wiatrak. Należy więc zachować szczególną ostrożność przechodząc obok. Sataye mają tę niekorzystną cechę (w moich oczach przynajmniej) iż podawane są często w słodkim sosie orzechowym. Sos ten towarzyszy także innemu sławnemu daniu, czyli cap cay, gotowanym warzywom i tofu, które same w sobie często nie mają smaku (chyba, że poleje się je sosem orzechowym). Jest jeszcze kultowy ayam goreg, lub ayam lalapan (dla mnie to samo), czyli mikroskopijny kawałek kurczaka głęboko zesmażonego podawany z dużą ilością ryżu, ostrym sosem i miseczką zupy, żeby dało radę zjeść ryż. W ogóle w Indonezji większość rzeczy, które można zjeść jest goreng (albo bakar, czyli pieczone, co w sumie smakuje podobnie). Jest więc tahu goreng, czyli smażone tofu, ikan goreng – smażona ryba i równie popularny pisang goreng, czyli smażony banan (który wcale nie jest słodki). Opisane powyżej dania są mniej do bardziej wspólne dla całej Indonezji, ale na szczęście, są też kuchnie lokalne, zmieniające się w zależności od wyspy. Na Lomboku można więc było zjeść bardzo dobre curry z rybą oraz ayam petaling, czyli pysznego ostrego kurczaka, którego nigdy później nie udało mi się zjeść. Na Sulawesi moim ulubionym daniem było coto makassar, kwaskowa i ostra zupa z wołowiny, podawana z ketupat czyli kawałkami sklejonego ryżu. Na Jawie spróbowaliśmy pempka, czyli pierogów z jajkiem smażonych w głębokim tłuszczu, martabak, czyli omleta z warzywną zawartością smażonego w głębokim tłuszczu, nie spróbowaliśmy natomiast rondy, czyli słodkiej potrawy serwowanej także z wózków. Oczywiście podczas naszego pięciomiesięcznego pobytu w Indonezji występowały odstępstwa od powyższej diety. Na Hodze jedliśmy trzy razy w tygodniu ryż – na śniadanie smażony z sosem, na obiad gotowany z warzywami, na kolację gotowany z tuńczykiem, którego okazy codziennie przynosili z mozołem Indonezyjczycy prosto z łodzi. Podczas pobytu rodziców obżeraliśmy się grillowanymi owocami morza, czyli krewetami, kalmarami i rybami oczywiście. Z owoców upodobaliśmy sobie salaka (wężowy owoc) o brązowej kolczastej skórze, którego kwaskowy smak orzeźwiał podczas upalnych dni.

Z napojów, oprócz Bintanga, czyli lokalnego piwa, najczęściej piliśmy mrożoną herbatę, podawaną zazwyczaj w wersji okrutnie słodkiej. Były także soki, oraz mój ulubiony es jeruk, czyli nie sok pomarańczowy z lodem, a lód z sokiem pomarańczowym (lód z sokiem jest tańszy niż sok z lodem, żeby nie było). A no i jeszcze jus sirsak, czyli sok z owoca białego, kwaśnego i pysznego. Woda serwowana w Indonezji na promach i w innych przybytkach jest niestety pakowana w małe plastikowe kubki, zaklejane plastikowym wieczkiem, które to wieczko trzeba przedziurawić dołączoną słomką. Nie znoszę tego z dwóch powodów – po pierwsze słomka często się łamie, zanim się przebije wieczko i potem próbując otworzyć je inną metodą połowa zawartości kubka ląduje na tobie, a po drugie dlatego, że kubki i słomki od wody to najczęściej spotykane śmieci na plażach Indonezji. Bo co robią Indonezyjczycy jak wypiją taką wodę? Hop, za burtę! (dobrze, że w samolocie nie można otworzyć okna…). Piotrek, znany eksperymentator, próbował również napojów bardziej lokalnych. Wypił więc sok z awokado, który w Indonezji podaje się na słodko z sosem czekoladowym (to by powtórzył), a także es cendol, czyli kukurydziany napój z zielonymi żelkami bez smaku (tego by zdecydowanie nie powtórzył). No i był oczywiście próbowany oślepiający arak, ale to doświadczenie opisywaliśmy obszernie wcześniej.

A gdzie to wszystko można zjeść? Najłatwiej z wózków, czyli kaki lima (5 nóg), które zawsze przejeżdżają w okolicy, o czym głośno zawiadamiają. Można także jadać w popularnych warungach (tania restauracja), lub w bardziej „kulturalnych” i droższych restauracjach – rumah makan, z czego makan znaczy jedzenie. Są jeszcze najwyższej klasy restorany, czyli miejsca z obrusem, ale tam prawie nie jadaliśmy. My często spożywaliśmy także na tak zwanych „food courtach”, czyli halach z jedzeniem na wyższych piętrach supermarketów. Zaletą tych jadłodajni była zazwyczaj względna czystość okolicy (brak widocznych szczurów i karaluchów) oraz istnienie menu. We wszystkich powyższych przybytkach spożywa się jedzenie łyżką, bądź ręką, w zależności od preferencji i dostępności łyżki.

A co jeśli się znudzi jedzenie lokalne i człowiek zapragnie bardzo zjeść coś zachodniego? W większości przypadków – ma pecha. No może poza naleśnikami, które w Indonezji, jak i w całej Azji Południowo-Wschodniej robią furorę jako śniadaniowe danie dla zachodnich turystów. Niech nikt się nie spodziewa, że reklamowana w menu pizza będzie smakowała w Indonezji jak pizza włoska, kotlet jak super krwisty stek, a zupa pomidorowa jak babcinej roboty pomidorówka. Oczywiście w miejscach turystycznych za duże pieniądze można pewnie znaleźć stek czy pizzę, ale nie ma gwarancji jakości. Co do pomidorówki, to „najciekawsza” jaką dostałam, była rosołem, w którym pływał pokrojony w kostkę świeży pomidor. Smacznego!

Pożegnanie z Bali

Zanim opuściliśmy Indonezję odwiedziliśmy jeszcze raz Bali. Tym razem tylko na chwilę, bo czas wizy dobiegał końca. Spotkaliśmy się więc raz jeszcze z naszym opiekuńczym duchem, czyli z Olą żeby przespacerować się promenadą w Tuban i omówić to i owo. Odebraliśmy przy okazji nasze 20 kg sprzętu nurkowego, które niestety musi z nami jechać dalej. Pożegnaliśmy się też z naszym ulubionym homestay’em na Bali, czyli Gong Segarą, którego właściciel po raz kolejny był niezmiernie miły i użyczył nam pokoju hotelowego gratis długo po czasie oficjalnego check out’u. Odlecieliśmy z Bali już z nowego lotniska, które choć zupełnie nowe, zaskakuje w paru miejscach brakiem racjonalności. Choćby odloty – panowie sprawdzający bilety stoją już przed wejściem na lotnisko i nie wpuszczają pod check in nikogo bez biletów. Jeśli ktoś ma pecha być osobą starszą, albo słabszą, albo pierwszy raz wylatującą z kraju, której ktoś z rodziny chciał pomóc się odprawić to sorry, ale nie da rady, trzeba samemu. Panowie sprawdzający bilety na wejściu mają też problemy ze zbyt nowoczesnymi pasażerami – bo, co to znaczy, że nie ma wydruku? Nie ma wydruku, to nie ma biletu! A nie jakieś tam ekraniki, iPady – srady. Nowoczesne są za to bardzo panie pobierające opłaty wylotowe (tak, takie coś istnieje w Indonezji) – pięknym angielskim informują, że 150 000 rupii (15$) trzeba jeszcze państwu Indonezyjskiemu podarować z okazji jego opuszczenia. Mimo wszystko, choć jeszcze wtedy o tym nie wiemy, będziemy tęsknić za Tobą Indonezjo.
IMG_5564