Święta Samui/Warszawa

Zaraz po 19 grudnia, czyli po tym jak Magda pojechała na Święta do Warszawy, na Samui zaczął się wysoki sezon. Niestety ktoś zapomniał zamówić pogody. W efekcie pełną łódź nurków (ok. 35 osób plus kadra) codziennie, w warunkach niesprzyjająco-rzygliwych (dla MV Seastar, czyli okrętu flagowego Easy Divers, oznacza to falę > 1m przy sile wiatru > 5B) wieźliśmy na zapasowe miejsca nurkowe, gdzie w również niesprzyjających warunkach próbowaliśmy pokazać (przynajmniej niektórzy), że nurkowanie w Zatoce Tajlandzkiej jest fajne. Gdzieś w okolicach świąt wiatr osłabł na tyle, że mogliśmy się dostać do Koh Yippon, czyli na obrzeża Narodowego Parku Morskiego Ang Thong. Tam przynajmniej była jakakolwiek przejrzystość wody i można było zanurzyć się głębiej niż 7 metrów bez użycia łopaty. Niedługo po świętach radość z tego, że jest praca zastąpiło pragnienie dnia wolnego. W końcu ile można działać w trybie nurkuj-jedz-śpij (skądinąd ideale życia nurkowego)? Szczególnie jeśli tak naprawdę jest to: załaduj sprzęt-nurkuj-wyładuj sprzęt-jedz-pij-śpij:/

Wigilię spędziłem ze Steve’m i jego dziewczyną oraz Tuktą i Bau’em, w tajskiej restauracji gdzieś w Chaweng, gdzie kelnerzy byli na tyle nierozgarnięci, że zamówienia przyjęła i spisała Tukta. Po kolacji przenieśliśmy się do baru nad Chaweng i próbowaliśmy grać w Jengę, ale lokalne reguły były jakieś dziwne…

Reszta okresu okołoświątecznego upłynęła na pracy, kolacjach w ED przygotowywanych przez Tuktę w mniejszym lub większym gronie, no i odrobinie hazardu od czasu do czasu.

Magda: Ja za to miałam Święta z prawdziwego zdarzenia, czyli w gronie rodzinnym, przy suto zastawionym stole pełnym POLSKIEGO JEDZENIA (zgadniejcie co – nie było ryżu:P), z choinką prezentami itd. Żeby się nie rozpisywać: było super i za krótko, Polska nie taka straszna jak ją malują, pogoda dopisała, rodzina i znajomi też. Fajnie było wszystkich zobaczyć, a niektórych po raz pierwszy w ich życiu:). Tak, tak czas leci, wystarczy zniknąć na parę miesięcy a już się wszystko zmienia: rodzą się dzieci, inne zaczynają mówić, a jeszcze inne grają rolę Pierwszego Anioła w szkolnych Jasełkach. Żeby tego wszystkiego doświadczyć było warto polecieć nawet z Aerofłotem (w którym, o dziwo, nie serwują alkoholu!).

Życie na Samui nie jest łatwe

W domu po nieboszczyku jednak nie zamieszkaliśmy, bo inny, niezrażony okolicznościami Farang, nas ubiegł. Po naprawdę długich tym razem poszukiwaniach znaleźliśmy dom drogi, acz ładny, tyle, że nieco dalej od biura, bo w Plai Laem. Motor udało nam się uzyskać w okazyjnej cenie od Tukty, więc mogiśmy zaczynać nasze pracowe życie od nowa. Tyle, że, niestety jakoś pracy nie było. Najpierw byli klienci, ale strasznie wiało i zamiast przyjemnych nurków, były choroby morskie, półmetrowa widoczność i odwoływanie wypłynięć. Potem, jak pogoda się poprawiła, zniknęli wszyscy turyści. Zapewne oprócz pogody przyczyniły się do tego także zamieszki w Bangkoku, które doprowadziły koniec końców do rozwiązania parlamentu.

Teraz będzie dygresja polityczna. W Tajlandii mamy zasadniczo dwie partie: Żółtych, czyli inteligencję, miasta, południe kraju oraz Czerwonych, czyli wieś i północ kraju. Podział jest bardzo głęboki i posadzić jednych koło drugich to tak jak u nas miłośnika PIS i SLD. Od wielu lat trwa spór między jednymi i drugimi, podczas którego raz na parę lat blokowany jest Bangkok, parę osób ginie i zazwyczaj na koniec wkracza armia (Tajowie śmieją się, że muszą być już w Księdze Guinessa za rekordową ilość demonstracji zakończonych wojskowym zamachem stanu). Byliśmy świadkami takich prostestów w 2008 roku, gdy Żółci zablokowali lotnisko w Bangkoku (i wtedy też nie mieliśmy pracy na Samui przez 2 tygodnie) w proteście przeciw premierowi Czerownych – Thaksinowi, nie byliśmy na szczęście świadkami prostestów z 2010, kiedy to Czerowni chcieli odwołania premiera Żółtych (zginęło wtedy prawie 100 osób). Tym razem Bangkok zablokowali Żółci w proteście przeciw pani premier Czerwonych – nota bene siostrze Thaksina. Na marginesie warto dodać, że sam Thaksin uciekł z kraju po tym gdy przyłapano go na dosyć potężnej korupcji (właściwie należy mówić o strumieniu pieniędzy podatników, które premier bezpiecznie przelewał na zagraniczne konta). Protesty w Bangkoku zaczęły się, gdy siostra Thaksina próbowała przepchnąć przez rząd ustawę o amnestii m.in dla swojego brata (Sejm przegłosował, ale Senat odrzucił). W wyniku protestów a także dzięki posłom opozycji, którzy złożyli mandaty pani premier zmuszona zaostała do rozwiązania parlamentu i rozpisania nowych wyborów. Problem w tym, że Żółci mają małe szanse na wygranie wyborów, bo Czerwonych jest więcej (nasi Tajowie mówią, że powodem tego wyniku jest opłacanie głosów przez partię Taskina, który zresztą z korupcji słynie). Jak będzie, zobaczymy już niedługo.

Tak czy inaczej pracy do 19 grudnia było niewiele, co za tym idzie pieniędzy, czyli nasza aktywność sprowadzała się głównie do siedzenia w domu i miejscach darmowych (czytaj plaża) lub w biurze na piwie. Na szczęście Tukty kulinarne talenty nie zawiodły i mogliśmy się cieszyć kuchnią tajską najwyższej jakości. Kiedy w okolicach 17 grudnia zaczęli pojawiać się ludzie, pogoda znowu zaczęła się psuć. Zanim popsuła się na amen Piotrek zdążył jeszcze nakręcić film, o tym jak nasze życie pracowe wygląda, kiedy tą pracę mamy.