1237 stopni

Na zakończenie naszego pobytu w Tajlandii zdecydowaliśmy się jeszcze zwiedzić okolice Ao Nang, bo trochę nam było wstyd, że jeszcze tam nie dotarliśmy. Wybraliśmy się więc najpierw do miasta Krabi, by podziwiać symbol miasta -  pomnik krabów:) Sam pomnik miał w sobie urok porównywalny do wielkiego gipsowego homara z Bali, ale znajdował się przynajmniej w miłym otoczeniu rzeki, z której wyrastały wapienne skały. Po obfotografowaniu się z krabami z Krabi pojechaliśmy do sławnej Świątyni Tygrysa. Świątynia ta, oprócz tygrysa, który kiedyś podobnież w niej mieszkał, słynie głównie z 1237 stopni, które do niej prowadzą. Droga była naprawdę ciężka i długa z licznymi zdychającymi turystami po drodze i super głośnymi tajskimi uczniami. Do tej pory nie wiem, czy ci drudzy wdrapywali się na górę w ramach lekcji w-fu czy religii. Wspinaczkowe męczarnie wynagrodził nam widok z góry. Niestety ból nóg towarzyszył nam jeszcze parę dni. Ze świątyni zbieraliśmy się w popłochu bo w planie było jeszcze nabycie trwałych i mniej trwałych pamiątek z Tajlandii oraz, a jakże by inaczej, pożegnalny obiad i imprezka. Wszystko to udało się doskonale i znowu przyszedł czas trudnych rozstań, tym razem z Claire i jej znajomymi. Mam nadzieję, że szybko tutaj wrócimy, bo takiej przyjaznej atmosfery nie ma w wielu centrach nurkowych. W nocy udało nam się jeszcze spakować, wyrzucając część bagażu i już nad ranem gotowi byliśmy na rozpoczęcie ostatniego etapu naszej podróży, tym razem do domu.