Warszawa – San Jose

Pomijając zarzygane przez dziecko z fotela obok spodnie Magdy, lot do San Jose przez Monachium i Toronto był całkiem znośny. Na miejscu od razu wpadliśmy na taksówkarzy i
jakoś szybciej niż zazwyczaj znaleźliśmy się w taksówce. Kierowca od razu powiedział, że wie gdzie jedziemy i już po krótkiej przejażdżce ulicami pustej Alajueli dotarliśmy pod zły adres. Okazało się, że przybytków z Pacande w nazwie jest więcej niż jeden:)

Szybka konsultacja telefoniczna wspierana wydrukiem rezerwacji i przewodnikiem pozwoliła panu taksówkarzowi już za drugim razem trafić w dobre miejsce.

Mimo protestów Magdy, uparł się dowieźć nas pod samą recepcję, żebyśmy nie musieli pokonywać 15 metrów umiarkowanie pochyłego podjazdu. Niestety coś źle wyliczył i zawiesił samochód na krawężniku. I tutaj okazało się, że Alajuela zupełnie pusta nie jest bo zaraz pojawiła się grupka młodzieńców którzy natychmiast rzucili się ratować utknięty pojazd. Po paru minutach pchania, ciągnięcia i bujania busik zjechał z zaczepu przy wtórze wyjącego silnika. Dalszych prób dowożenia nas do recepcji nie było.

Noc spędziliśmy w dziwnym pokoju z łazienką, w której krany samoczynnie uaktywniały się kiedy tylko w którejkolwiek z innych łazienek ktoś odkręcał wodę.

Pierwsze zetknięcie z kostarykańską fauną zaliczyliśmy nazajutrz przy śniadaniu. W ogrodzie szalały przeróżne ptaki, w tym kolibry! A w poczekalni dworca autobusowego królowały wyjątkowo bezczelne wilgowrony meksykańskie.