Similiany, czyli dive-eat-sleep-repeat

Nasze safari na Similanach było jednym z tych idealnych. Po pierwsze i najważniejsze: ekipa. Pojechaliśmy w szóstkę nurków zebranych wokół The Dive, czyli centrum nurkowego, gdzie pracuje przyjaciółka z Hogi – Claire. W naszej doborowej szóstce była jeszcze mama Claire, instruktor i divemaster. Towarzystwo okazało się być nad wyraz dobrane i nurkowo i imprezowo z mamą Claire na czele:) Po znajomości dostaliśmy podobnież najlepszego (i najbardziej nieśmiałego) przewodnika Taja – Tika. Tik oprócz znajdywania ekstremalnie małych i rzadkich rzeczy pod wodą, wsławił się tym, że za każdym razem po poinformowaniu go o zasobach powietrza dziękował pod wodą robiąc wai oraz tym, że ciągle przepraszał, że nic nie znalazł i że jest ślepy. Fajnie by było, żeby „tak ślepych” było jeszcze paru azjatyckich przewodników. No więc tutaj przeszłam już do drugiego punktu warunkującego udane safari, czyli przewodnika i firmy z którą się jedzie. Popłynęliśmy z Khao Lak Scuba Adventures i był to doskonały wybór – wszystko chodziło jak w zegarku, nie było żadnych problemów, plan był realizowany konsekwentnie z całkowitym dopasowaniem do potrzeb klientów. A no i jeszcze załoga, która była naprawdę miła i profesjonalna, nie zadufana w sobie, nie przemęczona i nie obrażona na wszystko (a takie połączenie spotyka się rzadko). Dodatkowo inni pasażerowie łodzi, może z paroma wyjątkami, byli całkiem w porządku, więc nie było żadnych konfliktów.

A no i jeszcze nurkowania, to trzeci, choć jak widzicie, nie jedyny warunek sukcesu:) Similany zapamiętaliśmy z poprzedniego razu jako średnio interesujące miejsce nurkowe. Nie zobaczyliśmy wtedy nic większego, nurkowania były krótkie, często pod prąd, a nasz polski przewodnik pozostawiał wiele do życzenia. Tym razem wykorzystaliśmy nasze nurki do cna, zanurzając się codziennie po 4 razy i oglądając wszystko to, czego nie udało nam się zobaczyć wcześniej. Co ciekawe, nie były to tylko manty, których naoglądaliśmy się do woli, ale także wiele naprawdę rzadkich makro stworów, które okazały się mieszkać na Similanach. Nurki były długie i relaksujące, no może z wyjątkiem dwóch – trzech z silnym prądem. Jedyne, czego nie udało nam się zobaczyć, to rekin wielorybi. No, ale nie można mieć wszystkiego:)

Thailand welcome back

Trudno nam było pożegnać się z Indonezją, tym razem na dłużej. Na szczęście udało nam się jeszcze przed wylotem spotkać z Olą, naszym dobrym duchem, co złagodziło nieco smutek rozstania. Kiedy wrócimy? Nie wiemy, ale na pewno to nastąpi, bo takich miejsc jak Indonezja, gdzie niesamowita przyroda (ta nawodna i podwodna) połączona jest z ludzką życzliwością mało jeszcze zepsutą masową turystyką, ze świecą szukać. Na pewno będzie nam brakowało uśmiechów na każdym kroku i ciągłego „heloł mister”, szkoda będzie też nie słyszeć pięknego, podwójnego bahasa indonesia z jego anak-anak (dziecko), jalan-jalan (spacerować), lumba – lumba (delfin) i ulubionym kupu – kupu (motyl:)). Żal zostawiać żółwie, rekiny i najlepsze na świecie makro istoty. Ale mamy nadzieję, że zostawiamy je tylko na trochę:)

Tajskie Krabi powitało nas upałem i autobusem pełnych zirytowanych turystów. Na szczęście czekał już na nas pokoik w Trzech Pszczołach no i lokalna knajpa, z pysznym som tam i ostrym laap.  Wieczór spędziliśmy z ekipą The Dive, za którą się już stęskniliśmy. Mieliśmy jeden dzień zapasu do naszej wyprawy na Similany, wiec postanowiliśmy odwiedzić wreszcie sławne Railay. Miejsce to słynie przede wszystkim z ogromnych skał wapiennych, do których nieustannie przyklejeni są lepsi lub gorsi wpinacze, ale także z plaż z widokiem na klasyczne tajskie łodzie longtail no i z małp. Do Railay można się dostać tylko łodzią, co jeszcze zwiększa atrakcyjność wycieczki. Jak więc można było przewidzieć, miejsce to roiło się wręcz od turystów. Na najsławniejszej plaży z widokiem na jaskinię nie było wręcz miejsca na ręcznik. Co za tym idzie, trudno było również pływać, bo łodzie wożące przyjezdnych kursowały w jedną i w drugą, a ich kierowcy nie zwracali dużej uwagi na pływaków. Jedyną ucieczką od tego zgiełku okazał się być wynajęty kajak, którym popłynęliśmy w stronę najmniej popularną. I tak nie byliśmy sami, ale przynajmniej huk silników longtaili był nieco cichszy. Z pozytywów udało nam się jeszcze z dosyć bliska zobaczyć moją ulubioną tajską małpę, czyli langura czarnego. Jest ona po pierwsze bardzo ładna (ma białe obwódki wokół oczu) i co ważniejsze, nie kradnie okularów, napoi, kapeluszy i telefonów. W odróżnieniu od wrednych makaków, od których również roi się na wyspie:P

 

Pemuteran

Na Bali dotarliśmy w nocy i po podróży przez całą wyspę w ulewnym deszczu znaleźliśmy się w Pemuteranie, nurkowej stolicy północnego Bali. Mimo ulewy poczuliśmy ulgę – znajome balijskie kapliczki, duże ogrody i luz, który wręcz daje się tu odczuć. Na północ wyspy chcieliśmy pojechać już wcześniej, ale zawsze było nam nie po drodze (to ponad 4 godziny jazdy z lotniska). Tym razem postanowiliśmy spędzić tu nasze ostatnie dni w Indonezji. Wybór był całkiem niezły, bo Pemuteran jest naprawdę bardzo, bardzo spokojny. Jedna plaża z kilkoma restauracjami i hotelami-willami, parę knajpek i sklepów przy ulicy no i widok na góry w chmurach. Nie przeszkadzały nam nawet tak bardzo ulewne deszcze, które właśnie przechodziły przez Bali, bo większość czasu spędzaliśmy pod wodą. Samo nurkowanie było miejscami rozczarowujące, miejscami zaskakujące. Na pewno zawiodła nas wyspa Menjangan, wokół której nie dzieje się prawie nic. Podwodne ściany są ładne, a i owszem, ale mało co na nich żyje. Cała wyprawę uratował ślimak z rodziny Phyllodesmium, który wyglądał zupełnie jak glon, tyle, że był ślimakiem. Na szczęście okazało się, że lokalne rafy Pemuteranu są dużo bardziej atrakcyjne. Można tu bowiem znaleźć sporo małych, dziwnych stworów, ale także tych większych: mątw, ośmiornic a nawet orlenia, którego my akurat przegapiliśmy. Mają tu także podwodną świątynie, której bóstwa tak obrosły gąbkami, że trudno je rozpoznać. Jest tu także cała seria „bio” skał, które umożliwiają przyspieszoną hodowlę korali. Na czym to polega? Otóż pod wodą montuje się konstrukcję, na której korale mają rosnąć, „zasadza” się na niej pojedyncze sztuki różnych korali a następnie całość podłącza się do prądu podwodnym kablem. Rezultaty są rzeczywiście zaskakujące, bo u wybrzeży Pemuteranu powstała już w zasadzie wyhodowana od zera, całkiem spora rafa.

Banda Aceh, czyli życie po tsunami

O tsunami z 2004 roku dowiedzieliśmy się z Wyborczej rozłożonej na stole mieszkania w Sopocie, w którym szykowaliśmy się na sylwestra. Pamiętam zdjęcia – zdewastowane wybrzeża, palmy i pociąg w środku lądu no i ludzie rozpaczający po utracie bliskich. Trudno było wtedy uwierzyć w falę, która pojawia się znikąd i w mgnieniu oka zabiera wszystko, co na jej drodze. Na pewno nie uświadamiałam sobie skali tego wydarzenia i wpływu jaki miało na wiele miejsc na świecie. Podczas naszej wędrówki po Azji temat tsunami powracał kilkakrotnie, głównie w opowieściach naszych znajomych Tajów, którzy tsunami przeżyli tylko dlatego, że byli w stanie wspiąć się na stojące w pobliżu palmy czy latarnie. Widzieliśmy Khao Lak, Phi Phi i Phuket już całkowicie odbudowane po tsunami, pełne turystów, którzy w 2004 uciekali razem z miejscowymi przed zalewającą wszystko wodą. Jednak to dopiero Banda Aceh w północnej Sumatrze pozwoliła mi zrozumieć skalę tego, co się wtedy wydarzyło. Trzęsienie ziemi, które uruchomiło falę, miało swoje epicentrum u samych wybrzeży miasta. Trzęsienie o sile 9.1 w skali Richtera zniszczyło wszystkie większe budynki w mieście, a wywołana w jego wyniku kilkunastometrowa fala zalała je niespełna dwie godziny później. W samym Banda Aceh zginęło 61 000 ludzi, a ono samo zmieniło się w wielkie cmentarzysko i wysypisko. Sceny z tego feralnego Bożego Narodzenia można oglądać w Muzeum Tsunami. Film jest brutalny i nie szczędzi widoku ciał, płynących ulicami i polami. Ale najbardziej zdumiewają słonie, które zostały sprowadzone do odgruzowania miasta. To one wyciągały wraki samochodów i fragmenty budynków z wielkiego pobojowiska jakim stało się miasto. Żadne maszyny nie przetrwały fali.

Poruszając się po Banda Aceh trudno uwierzyć, że to wszystko działo się niespełna 10 lat temu. Miasto zostało całkowicie odbudowane, głównie przez zachodnie NGO. Skala projektu odbudowy była ogromna i dzięki temu już po paru latach miasto wyglądało lepiej niż przed tsunami. Zostały wybudowane nowe drogi, porty i lotnisko; zostały zrekonstruowane meczety i zwykłe zabudowania mieszkalne. W czasie odbudowy miasto zamieszkiwało wielu zachodnich działaczy, co nie pozostało bez znaczenia dla przyszłości tego miejsca – po pierwsze w mieście dotąd mało turystycznym pojawiła się dosyć duża ilość gotówki, po drugie, najbardziej zamknięta i konserwatywna społeczność Indonezji zaczęła regularnie doświadczać kontaktu z obcymi. Przed tsunami to właśnie tutaj toczyła się nieustanna walka między ruchem separatystycznym (Free Aceh Movement) a rządem indonezyjskim. Kto wie, jak dalej potoczyłyby się losy tego miejsca, gdyby nie tsunami. Rok po tragicznej fali podpisano rozejm. Lokalne bojówki złożyły broń w zamian za obietnicę autonomii dla regionu i zgodę na wprowadzenie szariatu. To jeden z powodów, dla którego region ten jest obecnie mało popularny wśród zachodnich turystów (choć to się zmienia). Ja też miałam spore obawy. Ale na miejscu okazało się, że mieszkańcy Banda Aceh, tak jak i innych regionów Indonezji, są uśmiechnięci i ciekawi obcych; panie zagadują w windzie, panowie w lokalnej knajpie. Szariat indonezyjski też taki straszny nie jest – panie chodzą ubrane dość swobodnie, panowie często w podwiniętych spodniach, pary się publicznie przytulają i ogólnie klimat panuje przyjazny. A no i oczywiście tutaj także chcą mieć z tobą zdjęcie przy lokalnej atrakcji. A jakie to atrakcje, zapytacie się, są w takim miejscu? Otóż Banda Aceh rozkręciło turystykę wokół tematu tsunami. Jako, że jest to kolejny przykład mrocznej turystyki było to dla mnie tym bardziej fascynujące. Temat tsunami przewija się wszędzie; w hotelu Medan, w którym spaliśmy, największą ścianę zdobi zdjęcie z łodzią, którą fala pozostawiła na jego parkingu. Zdjęcie to jest także na kartach – kluczach. W informacji turystycznej można dostać mapę miasta, na której zaznaczone są wszystkie jego atrakcje: Muzeum Tsunami, Łódź na dachu, Statek – elektrownia, wyniesiony 6 km wgłąb lądu (nikt go teraz nie może stamtąd wydobyć, więc przerobiono go na atrakcję) no i cmentarze ofiar tsunami. Choć brzmi to dosyć makabrycznie to codziennie miejsca te odwiedza spora grupa zarówno zachodnich jak i lokalnych turystów. Nasz kierowca – przewodnik, Mr. Firdau, z ekscytacją opowiadał o rosnącym ruchu turystycznym. Choć sam stracił w tsunami 16 członków rodziny (!) często podkreślał jak wiele zyskał po tsunami. Nie chodzi tylko o pracę, którą dzięki napływowi zachodnich ludzi zapewnił sobie i swoim licznym kuzynom i znajomym; chodzi także o pewną dumę, z jaką mówi o mieście. „Patrzcie jakie piękne lotnisko – nie byłoby go, gdyby nie tsunami” – to jeden z jego typowych stwierdzeń. To samo mówi o porcie, o hotelach, o nowych samochodach wożących przyjezdnych. Ma nadzieję, że Banda Aceh, jak i cały region, przyciągać będzie coraz więcej ludzi i Aceh rozkwitnie. Życzę mu tego z całego serca.

Pomieszane Pulau Weh

Pulau Weh było na naszej nurkowej mapie od poznania Marka, naszego łącznika z KL. W jego opowieściach wyspa Weh pojawiała się jako jeszcze niezniszczona perełka północnej Sumatry, gdzie nurkować można w atrakcyjnej cenie. Jako, że posypały nam się plany papuaskie (tam z kolei cena okazała się być zabójczo nieatrakcyjna) to mieliśmy trochę miejsca do zagospodarowania.
Gdy po licznych przygodach dotarliśmy na wyspę i na naszą plażę, wrażenie miałam dosyć mieszane. Okazało się, że cały nasz pobyt w tym miejscu można by tak właśnie opisać. Może zacznę od plaży. Mieszkaliśmy przy plaży Gapang, która była na tyle mała by zmieścić 4 restaurację i ze 4 miejsca gdzie można spać. Restauracje serwowały podobnie uniwersalne i bezsmakowe dania, w których trudno znaleźć było coś smacznego lokalnego. Najlepsze były burgery (z wołowiną oczywiście!). Wszystko było strasznie drogie, bo to wyspa, no i oczywiście piwa nie było, bo szariat. Co do opcji spania to najlepszą z nich było nasze centrum nurkowe Lumba Lumba, (Delfin). Wybraliśmy opcję budżetową, czyli maleńkie pokoje bez łazienek, choć z werandą. Samo centrum było pomyślane dosyć nieźle, choć zarządzane słabo – wyraźny brak szefa wiązał się z dosyć dużą przypadkowością tego co się w nim działo – wyboru miejsca nurkowania, zaplanowania grup i przewodnika. Co ciekawe, kadry nurkowej było chyba więcej niż klientów. Zresztą połowa z nich robiła dopiero swoje kursy divemasterskie, co też nie sprzyjało jakości. Sprzęt niby był montowany i noszony przez kadrę, ale traktowany był tak „delikatnie”, że sami zaczęliśmy go nosić. Łódki były zdecydowanie przeładowane, a przewodnicy mocno różni. Dodatkowo okazało się, że „elastyczność” centrum jest mocno ograniczona. No bo niby można iść samemu na nocne nurki na lokalnej rafie, ale trzeba wrócić przed 8.00 (na Sumatrze robi się ciemno po 7.00). Można wybrać dowolne miejsce nurkowe i czas, ale trzeba mieć 4 chętne osoby i nawet wtedy wypada „coś” i się nie da. Jak kadra chce popłynąć gdzie indziej, albo nikomu się nie chce wstać na wcześniejszego nurka, to nie da rady. I tak w kółko. Współpraca była więc trudna.

 

 

A jak same nurki? Tutaj też mieszane uczucia. Oczekiwania były dosyć duże, zresztą podkręcane przez samo centrum. Na ich stronie można przeczytać sporo o mantach, rekinach i innych wielkich stworach. Na miejscu już tak optymistycznie nie było. Usłyszeliśmy powtarzaną przez wszystkich historię o jednym spotkaniu z młotami w ciągu sezonu. No i tak też było – przez 10 nurkowań zobaczyliśmy jednego małego rekina i zero mant. W jednym tylko opisie na stronie nie kłamali – na Pulau Weh żyje niesłychana wręcz ilość muren. I choć mureny zazwyczaj zupełnie nas nie podniecają, to tutaj było inaczej: w jednej dziurze można było zobaczyć nawet trzy różne gatunki. Sporo było też życia makro, które uwielbiamy. Szczególnie obfitowała w nie rafa domowa, na której spędziliśmy sporo czasu (ciągle się jednak spiesząc). Myślę, że docenilibyśmy ją bardziej, gdyby nie to, że właśnie wróciliśmy z Lembeh, które jednak bije na głowę każde miejsce w Indonezji (pod względem małych stworów). Jako, że skupiliśmy się na przebywaniu pod wodą, mało zobaczyliśmy wyspy, czego trochę żałujemy. Wracać mimo tego nie zamierzamy.

 

Wyspę pożegnaliśmy z lokalnego promu, zajadając wyjątkowo dobry nasi bunkus (ryż z różnościami zawinięty w papier), który pewnie dlatego był taki dobry, bo przeznaczony dla lokalnych pasażerów promu. Po raz kolejny udało nam się wzbudzić duże zainteresowanie pasażerów, objawiające się gapieniem i chichotami, choć chyba tym razem nikt nie robił zdjęć. To była taka cisza przed burzą, czyli przed Banda Aceh.

O birmańskiej religijności (uogólniając oczywiście)

Jest jeszcze jedna niezmiernie ważna rzecz, o której trzeba napisać będąc w Birmie. O tutejszej religijności. W Birmie, tak jak w Tajlandii, religią dominująca jest buddyzm Therawada. A jednak buddyzm birmański różni się ogromnie od buddyzmu tajskiego (przynajmniej w naszych, nieprofesjonalnych oczach). Choć Watów jest w Tajlandii dużo, to ich liczba ma się nijak do wszystkich stup, świątyń, klasztorów i pomników Buddy, które rozsiane są po całej Birmie. Gdzie człowiek nie spojrzy tam świątynia i nie mówię tu tylko o Baganie, w którym jest ich ponad 3000, a było ponad 10 000. Drugie, co po Tajlandii szokuje, to liczba mnichów i mniszek. W Birmie jest ich mnóstwo i widzi się ich nie tylko rano, gdy wyruszają po swoje datki, ale o każdej porze dnia, a nawet nocy – na motorach, w autobusach, na łodziach, w sklepach, restauracjach, no i oczywiście w świątyniach. Mnisi birmańscy są też dużo bardziej, hmmm, bezpośredni, jeśli chodzi o zbieranie datków. Często stają pod restauracjami, albo wręcz chodzą od człowieka i człowieka i proszą. Niestety zdarzyło nam się kilka razy gdy mali mnisi podchodzili i wprost mówili „money, money” nawet pociągając za rękę. Co więcej w Birmie bardzo widoczne są też mniszki, których istnienia nie zauważa się zazwyczaj w Tajlandii. Mniszki także golą sobie głowy, a swe posiadanie sprowadzają do paru szat (szaty mniszek są różowe, mnichów czerwone); również one proszą więc o datki. Jednak szacunek do kobiet mniszek jest dużo mniejszy niż do mnichów; kobietom wciąż nie wolno tyle ile mężczyznom. W świątyniach tylko mężczyźni mogą dotykać pomników Buddy, czy przyklejać na nie złote liście. Mnisi i mniszki stanowią dużą część populacji Birmy. Jak to więc możliwe, że wszyscy oni mają z czego żyć?

Żeby wyjaśnić to zjawisko warto przywołać tu postać z „Birmańskich Dni” Orwella,urzędnika pracującego dla Anglików U Po Kyina. Ów dosyć odrażający Birmańczyk spędzał dni i noce na knuciu intryg, niszczeniu ludzi, gwałceniu dziewcząt, obżarstwie i innych niecnych uczynkach (swoją drogą chyba trudno o bardziej przerysowaną postać). Jego żona zwracała mu uwagę, iż żyjąc tak dalej odrodzi się jako karaluch. U Po Kyin przekonał ją jednak swoim planem odkupienia win. Otóż postawić miał on odpowiednią ilość pagód i przekazać odpowiednią ilość datków klasztorom. To „nadrobić miało” punkty karmy stracone podczas grzesznego życia. Kto czytał „Birmańskie dni” wie, że z planu nic nie wyszło, po zanim zaczął budować stupy, padł na atak apopleksji. Postać U Po Kyina wraca do mnie za każdym razem, gdy słyszę o kolejnych wynajętych przez Tajów (i także przez nich załapanych) Birmańczykach, którzy w zamian za lepsze życie ukradli lub zabili. Ten dosyć straszny przykład wykorzystywania biednych przez bogatszych może pokazać czemu odkupienie win jest tak ważne akurat tutaj.

Idea zbierania zasług, żeby odrodzić się w lepszym wcieleniu jest wciąż bardzo żywa w Birmie. Stąd też tak popularne są tu instytucje mające zapewnić dodatkowe punkty w wyścigu o reinkarnację: można więc zapłacić za wypuszczenie ptaków, które na tą potrzebę są wcześniej łapane; można zapłacić za nakarmienie ptaków, ziarnem sprzedawanym na ulicy; można dać mnichom pieniądze lub jedzenie; można przynieść ofiarę do świątyni; można przykleić złote liście do pomnika Buddy i wszystko to zapisze się w wielkiej księdze karmy. Zostawiwszy U Po Kyina na boku przyznać trzeba, że wielu Birmańczyków jest po prostu bardzo religijnych – w świątyniach  każdej porze dnia jest tłum, dużo osób się modli, dużo medytuje. Z oddalonych regionów Birmy przyjeżdżają do świątyń ciężarówki wiernych ubranych w swoje etniczne stroje. Trudno znaleźć równie popularne miejsca w Birmie, jak świątynie. To oddanie religii jest kolejnym birmańskim paradoksem. Otóż od lat rząd promuje buddyzm jako religię państwową, zachęca więc do jego praktykowania. Nie przeszkadza mu to z drugiej strony aresztować, czy nawet zabijać mnichów, którzy są ważną grupą opozycyjną. Natomiast rządowa polityka popierania buddyzmu, ma niestety skutek w „nie popieraniu” innych religii. Objawia się to w różny sposób. W przypadku religii chrześcijańskich rząd stosuje taktykę cichego podboju: cmentarze są przekształcane w drogi, płyty nagrobne zabierane na budulec, kościoły odgradzane od społeczności lokalnych. W przypadku islamu strategia jest dużo bardziej drastyczna. W ostatnich latach miało miejsce kilka dramatycznych pogromów birmańskich muzułmanów, głównie z plemiona Rohingya. Nie miało znaczenia, że byli to często odwieczni sąsiedzi, ludzie starzy czy dzieci. Policja nie kiwnęła palcem, a rząd nie uznał za zasadne podjąć jakichkolwiek działań zapobiegawczych przyszłym podobnym akcjom. Przyszłość mniejszości religijnych nie wygląda więc w Birmie za różowo.

Yangon – ostatnie starcie

Po nocy spędzonej w VIP autobusie, gdzie dostaliśmy ciastka i szczoteczkę do zębów (!) dotarliśmy do naszego ostatniego hostelu w Birmie. Taksówkarz nie mógł go znaleźć, a gdy wreszcie się to udało, byłam pewna, że się pomylił. Wysadził nas bowiem pod mega, ale to mega abskurnym blokiem, z klatką schodową zawaloną kartonami oraz uwaloną w każdym kącie czymś brązowym. Niestety przed klatką schodową był neon naszego hostelu. Cóż, pokonaliśmy bez entuzjazmu schody, a tu niespodzianka. To Tokyo Guest House prowadziły porządne drzwi, a za nimi znajdował się zupełnie czysty, drewniany hol. Pokój, choć maleńki, był niczego sobie, bo miał klimę, co w Yangonie naprawdę się docenia. Niestety pokój był dostępny od 12 więc mieliśmy parę godzin do zabicia.  Odbyliśmy więc tradycyjną trasę po centrum miasta, po drodze spożywając śniadanie w Lucky Seven, najmodniejszej chyba yangońskiej herbaciarni, targując się o książki ze sprzedawcami na Pansodan street oraz uciekając przed podlewaczkami w Mahabandoola Garden. Gdy dotarliśmy do pokoju zapadliśmy w zasłużoną drzemkę. Po południu zafundowaliśmy sobie rajd po mieście żeby zdążyć zobaczyć największego leżącego i siedzącego Buddę w mieście.  Siedzący zrobił na mnie dużo większe wrażenie, choć to właśnie przy nim dorwał mnie miejscowy mnich – nawracacz, któremu nie mogłam się wyrwać przez jakieś 30 minut. Skutkiem tego spóźniliśmy się na zachód słońca nad jeziorem, nad którym zresztą się zgubiliśmy (rozplanowanie ścieżek nie jest w tym miejscu najdoskonalsze, mówiąc delikatnie). Gdy się już odnaleźliśmy, ruszyliśmy do Chinatown by obserwować obchody chińskiego Nowego Roku, ale nie udało nam się wytropić żadnej dużej parady, ani nawet małego smoka. Może nie weszliśmy wystarczająco głęboko w dzielnicę, albo po prostu tutaj tak wiele się nie działo. Zamiast fotografować paradę,  uraczyliśmy się pizzą w bardzo zachodniej knajpie, wydając prawie ostatnie kyaty:)

Birmańskie sauvignon

Ostatni dzień nad jeziorem Inle postanowiliśmy spędzić po pierwsze na luzie, po drugie na rowerach. Choć jedno wydaje się zaprzeczać drugiemu, to udało nam się jednak plan zrealizować. Najważniejszym celem wycieczki była birmańska winnica, która leży  rzut beretem od Nyaungshwe.  Winnice w Birmie są dwie: Myanmar Vineyard i Red Mountain Estate i obie hodują pokaźną ilość winorośli – Shiraz, Cabernet Sauvignon, Sauvignon Blanc, Moscato czy Pinot Noir. Dotarcie pod Red Mountain okazało się być dosyć proste, choć droga obfitowała w liczne dziury, ale także w atrakcyjne widoki: po drodze panie ścinały trzcinę cukrową, co widzieliśmy po raz pierwszy. Po przejechaniu przez bramę zobaczyliśmy naprawdę sporą winnicę położoną oczywiście na wzgórzach. Po zaprowadzeniu rowerów na parking (podjechanie okazało się niemożliwe) udaliśmy się na zwiedzanie i oczywiście degustację. Trzeba przyznać, że wino było niezłe i niedrogie. Mimo ogromnej pokusy ograniczyliśmy się tylko do dwóch kieliszków. I tak trochę nas to zwiedzanie rozleniwiło i wracaliśmy baardzo powoli. Po ogromnym lunchu i dwóch herbatach wybitych w Nyaungshwe ruszyliśmy do drugiego celu wycieczki, czyli do klasztoru Shwe Yaungshwe Kyaung. Jest to kolejny tekowy klasztor, tyle tylko, że ma niezmiernie malownicze owalne okna, w których co jakiś czas ktoś się pojawia, co czyni to miejsce fotograficznie atrakcyjnym. W klasztorze było dosyć cicho, co stanowiło odmianę po drodze na rowerach, którą pokonaliśmy w towarzystwie jakiś pięćdziesięciu dzieci wracających właśnie ze szkoły. W klasztorze zamiast mnichów siedzieli starsi panowie, którzy po dłuższej dyskusji oddali się modłom.  Wyszliśmy więc i ruszyliśmy w drogę powrotną do Nyaungshwe. Mieliśmy akurat tyle czasu by zrobić zakupy na drogę, oddać rowery i udać się w naszą ostatnią już trasę autobusową, z powrotem do Yangonu.