Warszawa – San Jose

Pomijając zarzygane przez dziecko z fotela obok spodnie Magdy, lot do San Jose przez Monachium i Toronto był całkiem znośny. Na miejscu od razu wpadliśmy na taksówkarzy i
jakoś szybciej niż zazwyczaj znaleźliśmy się w taksówce. Kierowca od razu powiedział, że wie gdzie jedziemy i już po krótkiej przejażdżce ulicami pustej Alajueli dotarliśmy pod zły adres. Okazało się, że przybytków z Pacande w nazwie jest więcej niż jeden:)

Szybka konsultacja telefoniczna wspierana wydrukiem rezerwacji i przewodnikiem pozwoliła panu taksówkarzowi już za drugim razem trafić w dobre miejsce.

Mimo protestów Magdy, uparł się dowieźć nas pod samą recepcję, żebyśmy nie musieli pokonywać 15 metrów umiarkowanie pochyłego podjazdu. Niestety coś źle wyliczył i zawiesił samochód na krawężniku. I tutaj okazało się, że Alajuela zupełnie pusta nie jest bo zaraz pojawiła się grupka młodzieńców którzy natychmiast rzucili się ratować utknięty pojazd. Po paru minutach pchania, ciągnięcia i bujania busik zjechał z zaczepu przy wtórze wyjącego silnika. Dalszych prób dowożenia nas do recepcji nie było.

Noc spędziliśmy w dziwnym pokoju z łazienką, w której krany samoczynnie uaktywniały się kiedy tylko w którejkolwiek z innych łazienek ktoś odkręcał wodę.

Pierwsze zetknięcie z kostarykańską fauną zaliczyliśmy nazajutrz przy śniadaniu. W ogrodzie szalały przeróżne ptaki, w tym kolibry! A w poczekalni dworca autobusowego królowały wyjątkowo bezczelne wilgowrony meksykańskie.

Witamy w Manado

Z Bali na Papuę przemieszczaliśmy się przez Manado. Początkowo planowaliśmy przenocować na lotnisku (lądowaliśmy późnym wieczorem, lot do Sorong startował o 0600 rano). Całe szczęście na dzień przed lotem uznaliśmy, że wygodniej będzie jednak przespać kilka godzin w hotelu niż na ławkach. Odgrzebaliśmy nazwę hotelu z poprzednich pobytów w Manado (Celebes) i zarezerwowaliśmy pokój Grand Deluxe. Po małym zamieszaniu z bagażem (miał niby lecieć prosto do Sorongu, ale pokazał się na taśmie), taksówkami i uliczną imprezą angkotów (angkutan kota, lokalnych mikrobuso-taksówek), która spowodowała całkiem spory korek dotarliśmy do hotelu, gdzie czekał na nas pokój z widokiem na port.

Od współnurków dowiedzieliśmy się potem, że lotnisko w Manado na noc zamyka się, a czekający są wypraszani na zieloną trawkę za ogrodzenie.

Balijskie rusaki

Nocny rajd z lotniska do Tulambenu udało mi się w większości przespać, za to Magda czuwała bo kierowca nie oszczędzał samochodu. Nie oszczędzał też klimatyzacji, rozkręconej lokalnym zwyczajem na pełną moc. I to mimo tego że my zamarzaliśmy, a on koszmarnie pociągał nosem.

Pierwszy rusak (awaria) objawił się już nazajutrz, kiedy skręcaliśmy sprzęt przed pierwszym nurkowaniem. Okucie węża wysokiego ciśnienia w moim automacie przeciekało. Wąż był do wymiany. Tylko skąd wziąć nowy? Tulamben to wprawdzie prawie wyłącznie centra nurkowe, ale w miarę dobrze zaopatrzony sklep ze sprzętem jest tylko jeden. Już za drugim podejściem udało się kupić nowy wąż.

Drugi rusak objawił się, jakże by inaczej, na nurkowaniu nr. 2. Znowu w automacie, ale tym razem Magdy – podawał wodę. Inspekcja wizualna wykazała, że membrany zaworów wydechowych przypominają dobrze wysmażone czipsy krewetkowe. Pan, który serwisował automaty dwa tygodnie temu w Warszawie, nie popisał się. Znowu runda po okolicznych sklepach, tym razem sprawa wyglądała na przegraną. Dopiero w niemieckim resorcie pan serwisant powiedział, że on wprawdzie to nie, ale koło restauracji Sandya mieszka little man Erik i może on da radę. Erik, niemiecki karzeł z Aachen, jak już udało się go znaleźć, rzeczywiście dał radę i za niewygórowaną kwotę 150k rupii membrany wymienił.

Pomijając awarie, 5 dni w Tulamben funkcjonowaliśmy w trybie dive-eat-sleep-repeat. Nurkowaliśmy na wraku USAT Liberty, w Zatoce Tulamben, odwiedziliśmy też miejsce o nazwie Melasti obfitujące w ślimaki nagoskrzelne i inne makrozwierzaki.

CGK

W Dżakarcie Strutsów nie było (hermetyczny żarcik), było za to standardowe przepytywanie w sklepie: Where are you from? Poland. Holland? No, Poland. Ah, Poland. Lewandowski?

Czekaliśmy już na lot do Denpasar kiedy pan z obsługi ogłosił coś szybko po indonezyjsku przez głośniki i zaczął rozdawać przekąski. Przez chwilę myśleliśmy, że to zamówione do samolotu jedzenie. Potem jednak stwierdziliśmy, że przecież na pewno nie wszyscy dopłacili za posiłek, a AirAsia nie rozdawałaby raczej nic wszystkim pasażerom za darmo więc pewnie lot jest opóźniony. No i był, ale tylko trochę.

LRM_EXPORT_20170310_095638

Interior

Ostatecznie przejechaliśmy w 5 dni 1530 kilometrów, po prawie pustych drogach na południe od Alice Springs. Do tego zrobiliśmy też małe kilkadziesiąt kilometrów na piechotę, nie znaleźliśmy żadnych węży, wymarźliśmy na potęgę w nocy, a w dzień byliśmy przypiekani przez słońce (co u niektórych skończyło się dziwną opalenizną).

Outback okazał się bardzo różnorodny – łąka z pasącymi się krowami po dwóch kilometrach zmieniała się w porośnięte krzakami pagórki (oczywiście czerwone), które następnie przechodziły w rzadki las, który stawał się po jakimś czasie lasem martwych drzew by znowu zamienić się w jedno z poprzednich.

A kamper sprawował się całkiem nieźle:) Mimo że trochę głośny, to było w nim miejsce na wszystko – nawet po tym jak nasze rzeczy zwiększyły swoją objętość po rozpakowaniu znalazło się jeszcze trochę miejsca żeby upchnąć drewno na ognisko. Dawało się też wyprzedzać bardziej ostrożnych uczestników ruchu bo, jak nam poźniej powiedział mechanik, silnik od Toyoty Hilux montowany w tym modelu miał spory zapas mocy.