Interior

Ostatecznie przejechaliśmy w 5 dni 1530 kilometrów, po prawie pustych drogach na południe od Alice Springs. Do tego zrobiliśmy też małe kilkadziesiąt kilometrów na piechotę, nie znaleźliśmy żadnych węży, wymarźliśmy na potęgę w nocy, a w dzień byliśmy przypiekani przez słońce (co u niektórych skończyło się dziwną opalenizną).

Outback okazał się bardzo różnorodny – łąka z pasącymi się krowami po dwóch kilometrach zmieniała się w porośnięte krzakami pagórki (oczywiście czerwone), które następnie przechodziły w rzadki las, który stawał się po jakimś czasie lasem martwych drzew by znowu zamienić się w jedno z poprzednich.

A kamper sprawował się całkiem nieźle:) Mimo że trochę głośny, to było w nim miejsce na wszystko – nawet po tym jak nasze rzeczy zwiększyły swoją objętość po rozpakowaniu znalazło się jeszcze trochę miejsca żeby upchnąć drewno na ognisko. Dawało się też wyprzedzać bardziej ostrożnych uczestników ruchu bo, jak nam poźniej powiedział mechanik, silnik od Toyoty Hilux montowany w tym modelu miał spory zapas mocy.

Piwo

Erldunda Roadhouse, zjazd ze Stuart Highway na Lasseter Highway. Zatrzymaliśmy się żeby zatankować i kupić napoje orzeźwiające na trasę po Czerwonym Centrum.
- Poproszę sześciopak VB.
- A dla kogo jest to piwo?
- Dla mnie?
I od razu, myśląc że 6 małych puszek piwa to może jakaś przesadna ilość na osobę, dodaję:
- I dla żony.
- Jesteś pewien?
- Noooo.
- A na pewno nie dla lokalsów na zewnątrz?
- Nie, dla mnie.
- Wiesz, bo sprzedawanie alkoholu Aborygenom tutaj jest nielegalne.
- To piwo jest dla mnie.
- Aha, no dobrze, ale wiesz, musiałem zapytać, bo to jest nielegalne.

Yongala

O wraku SS Yongala dowiedzieliśmy się z, a jakże, z filmów przyrodniczych BBC. Leżący na głębokości ok 30 metrów wrak parowca z początku XX wieku, z racji tego że jest jedynym wyróżniającym się punktem na piaszczystym dnie miał działać na ryby jak magnes.

Wypłynięcie zarezerwowaliśmy jeszcze z Warszawy, na miejscu mieliśmy tylko potwierdzić czy na pewno jesteśmy i czy łódź wypływa. Z tym potwierdzaniem nie poszło nam za dobrze bo karta SIM, którą kupiliśmy na szybko na lotnisku umiała tylko robić internet. Prognoza pogody na dzień wypłynięcia nie była najlepsza więc w tak naprawdę do końca nie byliśmy pewni czy nurkujemy. Jak się okazało w kolejnych dniach, było to ostatnie wypłynięcie na jakiś czas, właśnie z powodu niesprzyjającej pogody.

W każdym razie nazajutrz po dotarciu na Magnetic Island dojechaliśmy do portu autobusem miejskim i zaczęliśmy czekać na łódź. Czekając poznaliśmy współnurków – Anglika wybierającego się na nurkowanie z córką. Pan był bardzo sympatyczny, już po chwili częstował nas tabletkami na chorobę morską.

Łódź którą płynęliśmy okazała się niezbyt duża – miejsca w sam raz na nurków i sprzęt, mała kabina na dziobie, dach na którym siedzi skipper i niewiele więcej. Nie było to bez znaczenia bo stan morza nie był tego dnia najlepszy – wiało, falowało i ogólnie rzucało. Po dotarciu na pozycję wchodziliśmy do wody jak najszybciej żeby zejść z łodzi która po zatrzymaniu kontynuowała „taniec na falach” ze zdwojoną, co najmniej, energią. W wodzie nie było dużo lepiej, falowanie było odczuwalne do zaskakująco dużej głębokości, pewnie z powodu braku jakichkolwiek przeszkód w okolicy.

Sam wrak okazał się mało spektakularny, trochę też przez to że wpływanie do środka było zabronione. Natomiast ryb było w okolicy rzeczywiście dużo i były wyjątkowo duże. Największe wrażenie zrobiły na nas itajary olbrzymie – ogromne strzępiele mierzące ponad 2 metry.

Z powodu fal i wielkości łodzi wyjście na nią po nurkowaniu było dużo bardziej skomplikowane niż zazwyczaj wymagało wsparcia od załogi, co pewnie też przyczyniło się do tego, że tabletka od pana Anglika starczyła w moim przypadku do wyjścia z wody po pierwszym nurku. Magda okazała się bardziej odporna.

Po drugim nurkowaniu ruszyliśmy z powrotem na Magnetic Island. Droga powrotna nie należała do najprzyjemniejszych i była też dłuższa niż się spodziewaliśmy bo kapitan musiał miejscami ostro manewrować pomiędzy falami.

Z powodu ilości i wielkości ryb wrak jest bardzo fajny, ale gdybym miał go jeszcze raz odwiedzić to chciałbym to zrobić przy spokojniejszym morzu:)

Magnetic Island

Niecałe trzy dni na Maggie to zdecydowanie za mało. Klimat jest baardzo wakacyjny, mimo że to ylko 20 minut promem z Townsville. Plażowe wioski, plaże, mnóstwo ptaków (jak wszędzie zresztą), malownicze szlaki, no i walabie – to wszystko powoduje że chciałoby się zostać jeszcze kilka dni. Których niestety nie mieliśmy. Mimo tego plan zrealizowany – wrak Yongali obnurkowany (zdjęcia wkrótce), walabie i koale zobaczone:)

Litchfield, czyli shrimpies with the bubbly

Na pierwszą wycieczkę wybraliśmy się do parku Litchfield, najbliżej miasta Darwin. Skusił nas przede wszystkim rejs po rzece Adelaide, którą upatrzyly sobie krokodyle oraz tytułowe bubbly czyli szampan z widokiem na zachód słońca. Atrakcje te skusiły także kilkunastu emerytów, którzy z nami podróżowali:). Ale krokodyle w liczbie i rozmiarze dopisały, wodospady były bardzo malownicze, a szampan zaserwowany pod krewetki z widokiem na zachód słońca smakował wybornie. Północne Terytorium powitało nas wyjątkowo łagodnie.

Takie tam z ogrodu botanicznego

Pierwsze kroki po zrzuceniu rzeczy w hostelu skierowaliśy do ogrodu botanicznego – jedynej atrakcji, która była jeszcze czynna. Były roślinki, ptaki i bliżej nieokreślone (jeszcze) nadrzewne zwierzę. Największe wrażenie zrobił na nas ogromny latający lis który wyleciał z drzewa, o mały włos nie wplątując się Magdzie we włosy, na hasło „to chyba mały szary ptaszek tak hałasuje”. Później okazało się, że jest ich w Darwin całkiem sporo i całkiem sprawnie latają pomiędzy blokami.

Australia zimą

No to dolecieliśmy. Już po 20 godzinach w podróży powitał nas zimowy australijski kontynent, bo jak wiadomo, tutaj wszystko jest na odwrót. Kraj – kontynent powitał nas deszczem, zimnem i ekstra cłem za Piotrka fajki:) Ale w ogrzewanym pokoju nadgonilismy jetlag i dziś jesteśmy gotowi na podbój tropikalnego Terytorium Północnego.