1237 stopni

Na zakończenie naszego pobytu w Tajlandii zdecydowaliśmy się jeszcze zwiedzić okolice Ao Nang, bo trochę nam było wstyd, że jeszcze tam nie dotarliśmy. Wybraliśmy się więc najpierw do miasta Krabi, by podziwiać symbol miasta -  pomnik krabów:) Sam pomnik miał w sobie urok porównywalny do wielkiego gipsowego homara z Bali, ale znajdował się przynajmniej w miłym otoczeniu rzeki, z której wyrastały wapienne skały. Po obfotografowaniu się z krabami z Krabi pojechaliśmy do sławnej Świątyni Tygrysa. Świątynia ta, oprócz tygrysa, który kiedyś podobnież w niej mieszkał, słynie głównie z 1237 stopni, które do niej prowadzą. Droga była naprawdę ciężka i długa z licznymi zdychającymi turystami po drodze i super głośnymi tajskimi uczniami. Do tej pory nie wiem, czy ci drudzy wdrapywali się na górę w ramach lekcji w-fu czy religii. Wspinaczkowe męczarnie wynagrodził nam widok z góry. Niestety ból nóg towarzyszył nam jeszcze parę dni. Ze świątyni zbieraliśmy się w popłochu bo w planie było jeszcze nabycie trwałych i mniej trwałych pamiątek z Tajlandii oraz, a jakże by inaczej, pożegnalny obiad i imprezka. Wszystko to udało się doskonale i znowu przyszedł czas trudnych rozstań, tym razem z Claire i jej znajomymi. Mam nadzieję, że szybko tutaj wrócimy, bo takiej przyjaznej atmosfery nie ma w wielu centrach nurkowych. W nocy udało nam się jeszcze spakować, wyrzucając część bagażu i już nad ranem gotowi byliśmy na rozpoczęcie ostatniego etapu naszej podróży, tym razem do domu.

Similiany, czyli dive-eat-sleep-repeat

Nasze safari na Similanach było jednym z tych idealnych. Po pierwsze i najważniejsze: ekipa. Pojechaliśmy w szóstkę nurków zebranych wokół The Dive, czyli centrum nurkowego, gdzie pracuje przyjaciółka z Hogi – Claire. W naszej doborowej szóstce była jeszcze mama Claire, instruktor i divemaster. Towarzystwo okazało się być nad wyraz dobrane i nurkowo i imprezowo z mamą Claire na czele:) Po znajomości dostaliśmy podobnież najlepszego (i najbardziej nieśmiałego) przewodnika Taja – Tika. Tik oprócz znajdywania ekstremalnie małych i rzadkich rzeczy pod wodą, wsławił się tym, że za każdym razem po poinformowaniu go o zasobach powietrza dziękował pod wodą robiąc wai oraz tym, że ciągle przepraszał, że nic nie znalazł i że jest ślepy. Fajnie by było, żeby „tak ślepych” było jeszcze paru azjatyckich przewodników. No więc tutaj przeszłam już do drugiego punktu warunkującego udane safari, czyli przewodnika i firmy z którą się jedzie. Popłynęliśmy z Khao Lak Scuba Adventures i był to doskonały wybór – wszystko chodziło jak w zegarku, nie było żadnych problemów, plan był realizowany konsekwentnie z całkowitym dopasowaniem do potrzeb klientów. A no i jeszcze załoga, która była naprawdę miła i profesjonalna, nie zadufana w sobie, nie przemęczona i nie obrażona na wszystko (a takie połączenie spotyka się rzadko). Dodatkowo inni pasażerowie łodzi, może z paroma wyjątkami, byli całkiem w porządku, więc nie było żadnych konfliktów.

A no i jeszcze nurkowania, to trzeci, choć jak widzicie, nie jedyny warunek sukcesu:) Similany zapamiętaliśmy z poprzedniego razu jako średnio interesujące miejsce nurkowe. Nie zobaczyliśmy wtedy nic większego, nurkowania były krótkie, często pod prąd, a nasz polski przewodnik pozostawiał wiele do życzenia. Tym razem wykorzystaliśmy nasze nurki do cna, zanurzając się codziennie po 4 razy i oglądając wszystko to, czego nie udało nam się zobaczyć wcześniej. Co ciekawe, nie były to tylko manty, których naoglądaliśmy się do woli, ale także wiele naprawdę rzadkich makro stworów, które okazały się mieszkać na Similanach. Nurki były długie i relaksujące, no może z wyjątkiem dwóch – trzech z silnym prądem. Jedyne, czego nie udało nam się zobaczyć, to rekin wielorybi. No, ale nie można mieć wszystkiego:)

Thailand welcome back

Trudno nam było pożegnać się z Indonezją, tym razem na dłużej. Na szczęście udało nam się jeszcze przed wylotem spotkać z Olą, naszym dobrym duchem, co złagodziło nieco smutek rozstania. Kiedy wrócimy? Nie wiemy, ale na pewno to nastąpi, bo takich miejsc jak Indonezja, gdzie niesamowita przyroda (ta nawodna i podwodna) połączona jest z ludzką życzliwością mało jeszcze zepsutą masową turystyką, ze świecą szukać. Na pewno będzie nam brakowało uśmiechów na każdym kroku i ciągłego „heloł mister”, szkoda będzie też nie słyszeć pięknego, podwójnego bahasa indonesia z jego anak-anak (dziecko), jalan-jalan (spacerować), lumba – lumba (delfin) i ulubionym kupu – kupu (motyl:)). Żal zostawiać żółwie, rekiny i najlepsze na świecie makro istoty. Ale mamy nadzieję, że zostawiamy je tylko na trochę:)

Tajskie Krabi powitało nas upałem i autobusem pełnych zirytowanych turystów. Na szczęście czekał już na nas pokoik w Trzech Pszczołach no i lokalna knajpa, z pysznym som tam i ostrym laap.  Wieczór spędziliśmy z ekipą The Dive, za którą się już stęskniliśmy. Mieliśmy jeden dzień zapasu do naszej wyprawy na Similany, wiec postanowiliśmy odwiedzić wreszcie sławne Railay. Miejsce to słynie przede wszystkim z ogromnych skał wapiennych, do których nieustannie przyklejeni są lepsi lub gorsi wpinacze, ale także z plaż z widokiem na klasyczne tajskie łodzie longtail no i z małp. Do Railay można się dostać tylko łodzią, co jeszcze zwiększa atrakcyjność wycieczki. Jak więc można było przewidzieć, miejsce to roiło się wręcz od turystów. Na najsławniejszej plaży z widokiem na jaskinię nie było wręcz miejsca na ręcznik. Co za tym idzie, trudno było również pływać, bo łodzie wożące przyjezdnych kursowały w jedną i w drugą, a ich kierowcy nie zwracali dużej uwagi na pływaków. Jedyną ucieczką od tego zgiełku okazał się być wynajęty kajak, którym popłynęliśmy w stronę najmniej popularną. I tak nie byliśmy sami, ale przynajmniej huk silników longtaili był nieco cichszy. Z pozytywów udało nam się jeszcze z dosyć bliska zobaczyć moją ulubioną tajską małpę, czyli langura czarnego. Jest ona po pierwsze bardzo ładna (ma białe obwódki wokół oczu) i co ważniejsze, nie kradnie okularów, napoi, kapeluszy i telefonów. W odróżnieniu od wrednych makaków, od których również roi się na wyspie:P

 

Pemuteran

Na Bali dotarliśmy w nocy i po podróży przez całą wyspę w ulewnym deszczu znaleźliśmy się w Pemuteranie, nurkowej stolicy północnego Bali. Mimo ulewy poczuliśmy ulgę – znajome balijskie kapliczki, duże ogrody i luz, który wręcz daje się tu odczuć. Na północ wyspy chcieliśmy pojechać już wcześniej, ale zawsze było nam nie po drodze (to ponad 4 godziny jazdy z lotniska). Tym razem postanowiliśmy spędzić tu nasze ostatnie dni w Indonezji. Wybór był całkiem niezły, bo Pemuteran jest naprawdę bardzo, bardzo spokojny. Jedna plaża z kilkoma restauracjami i hotelami-willami, parę knajpek i sklepów przy ulicy no i widok na góry w chmurach. Nie przeszkadzały nam nawet tak bardzo ulewne deszcze, które właśnie przechodziły przez Bali, bo większość czasu spędzaliśmy pod wodą. Samo nurkowanie było miejscami rozczarowujące, miejscami zaskakujące. Na pewno zawiodła nas wyspa Menjangan, wokół której nie dzieje się prawie nic. Podwodne ściany są ładne, a i owszem, ale mało co na nich żyje. Cała wyprawę uratował ślimak z rodziny Phyllodesmium, który wyglądał zupełnie jak glon, tyle, że był ślimakiem. Na szczęście okazało się, że lokalne rafy Pemuteranu są dużo bardziej atrakcyjne. Można tu bowiem znaleźć sporo małych, dziwnych stworów, ale także tych większych: mątw, ośmiornic a nawet orlenia, którego my akurat przegapiliśmy. Mają tu także podwodną świątynie, której bóstwa tak obrosły gąbkami, że trudno je rozpoznać. Jest tu także cała seria „bio” skał, które umożliwiają przyspieszoną hodowlę korali. Na czym to polega? Otóż pod wodą montuje się konstrukcję, na której korale mają rosnąć, „zasadza” się na niej pojedyncze sztuki różnych korali a następnie całość podłącza się do prądu podwodnym kablem. Rezultaty są rzeczywiście zaskakujące, bo u wybrzeży Pemuteranu powstała już w zasadzie wyhodowana od zera, całkiem spora rafa.

Banda Aceh, czyli życie po tsunami

O tsunami z 2004 roku dowiedzieliśmy się z Wyborczej rozłożonej na stole mieszkania w Sopocie, w którym szykowaliśmy się na sylwestra. Pamiętam zdjęcia – zdewastowane wybrzeża, palmy i pociąg w środku lądu no i ludzie rozpaczający po utracie bliskich. Trudno było wtedy uwierzyć w falę, która pojawia się znikąd i w mgnieniu oka zabiera wszystko, co na jej drodze. Na pewno nie uświadamiałam sobie skali tego wydarzenia i wpływu jaki miało na wiele miejsc na świecie. Podczas naszej wędrówki po Azji temat tsunami powracał kilkakrotnie, głównie w opowieściach naszych znajomych Tajów, którzy tsunami przeżyli tylko dlatego, że byli w stanie wspiąć się na stojące w pobliżu palmy czy latarnie. Widzieliśmy Khao Lak, Phi Phi i Phuket już całkowicie odbudowane po tsunami, pełne turystów, którzy w 2004 uciekali razem z miejscowymi przed zalewającą wszystko wodą. Jednak to dopiero Banda Aceh w północnej Sumatrze pozwoliła mi zrozumieć skalę tego, co się wtedy wydarzyło. Trzęsienie ziemi, które uruchomiło falę, miało swoje epicentrum u samych wybrzeży miasta. Trzęsienie o sile 9.1 w skali Richtera zniszczyło wszystkie większe budynki w mieście, a wywołana w jego wyniku kilkunastometrowa fala zalała je niespełna dwie godziny później. W samym Banda Aceh zginęło 61 000 ludzi, a ono samo zmieniło się w wielkie cmentarzysko i wysypisko. Sceny z tego feralnego Bożego Narodzenia można oglądać w Muzeum Tsunami. Film jest brutalny i nie szczędzi widoku ciał, płynących ulicami i polami. Ale najbardziej zdumiewają słonie, które zostały sprowadzone do odgruzowania miasta. To one wyciągały wraki samochodów i fragmenty budynków z wielkiego pobojowiska jakim stało się miasto. Żadne maszyny nie przetrwały fali.

Poruszając się po Banda Aceh trudno uwierzyć, że to wszystko działo się niespełna 10 lat temu. Miasto zostało całkowicie odbudowane, głównie przez zachodnie NGO. Skala projektu odbudowy była ogromna i dzięki temu już po paru latach miasto wyglądało lepiej niż przed tsunami. Zostały wybudowane nowe drogi, porty i lotnisko; zostały zrekonstruowane meczety i zwykłe zabudowania mieszkalne. W czasie odbudowy miasto zamieszkiwało wielu zachodnich działaczy, co nie pozostało bez znaczenia dla przyszłości tego miejsca – po pierwsze w mieście dotąd mało turystycznym pojawiła się dosyć duża ilość gotówki, po drugie, najbardziej zamknięta i konserwatywna społeczność Indonezji zaczęła regularnie doświadczać kontaktu z obcymi. Przed tsunami to właśnie tutaj toczyła się nieustanna walka między ruchem separatystycznym (Free Aceh Movement) a rządem indonezyjskim. Kto wie, jak dalej potoczyłyby się losy tego miejsca, gdyby nie tsunami. Rok po tragicznej fali podpisano rozejm. Lokalne bojówki złożyły broń w zamian za obietnicę autonomii dla regionu i zgodę na wprowadzenie szariatu. To jeden z powodów, dla którego region ten jest obecnie mało popularny wśród zachodnich turystów (choć to się zmienia). Ja też miałam spore obawy. Ale na miejscu okazało się, że mieszkańcy Banda Aceh, tak jak i innych regionów Indonezji, są uśmiechnięci i ciekawi obcych; panie zagadują w windzie, panowie w lokalnej knajpie. Szariat indonezyjski też taki straszny nie jest – panie chodzą ubrane dość swobodnie, panowie często w podwiniętych spodniach, pary się publicznie przytulają i ogólnie klimat panuje przyjazny. A no i oczywiście tutaj także chcą mieć z tobą zdjęcie przy lokalnej atrakcji. A jakie to atrakcje, zapytacie się, są w takim miejscu? Otóż Banda Aceh rozkręciło turystykę wokół tematu tsunami. Jako, że jest to kolejny przykład mrocznej turystyki było to dla mnie tym bardziej fascynujące. Temat tsunami przewija się wszędzie; w hotelu Medan, w którym spaliśmy, największą ścianę zdobi zdjęcie z łodzią, którą fala pozostawiła na jego parkingu. Zdjęcie to jest także na kartach – kluczach. W informacji turystycznej można dostać mapę miasta, na której zaznaczone są wszystkie jego atrakcje: Muzeum Tsunami, Łódź na dachu, Statek – elektrownia, wyniesiony 6 km wgłąb lądu (nikt go teraz nie może stamtąd wydobyć, więc przerobiono go na atrakcję) no i cmentarze ofiar tsunami. Choć brzmi to dosyć makabrycznie to codziennie miejsca te odwiedza spora grupa zarówno zachodnich jak i lokalnych turystów. Nasz kierowca – przewodnik, Mr. Firdau, z ekscytacją opowiadał o rosnącym ruchu turystycznym. Choć sam stracił w tsunami 16 członków rodziny (!) często podkreślał jak wiele zyskał po tsunami. Nie chodzi tylko o pracę, którą dzięki napływowi zachodnich ludzi zapewnił sobie i swoim licznym kuzynom i znajomym; chodzi także o pewną dumę, z jaką mówi o mieście. „Patrzcie jakie piękne lotnisko – nie byłoby go, gdyby nie tsunami” – to jeden z jego typowych stwierdzeń. To samo mówi o porcie, o hotelach, o nowych samochodach wożących przyjezdnych. Ma nadzieję, że Banda Aceh, jak i cały region, przyciągać będzie coraz więcej ludzi i Aceh rozkwitnie. Życzę mu tego z całego serca.

Pomieszane Pulau Weh

Pulau Weh było na naszej nurkowej mapie od poznania Marka, naszego łącznika z KL. W jego opowieściach wyspa Weh pojawiała się jako jeszcze niezniszczona perełka północnej Sumatry, gdzie nurkować można w atrakcyjnej cenie. Jako, że posypały nam się plany papuaskie (tam z kolei cena okazała się być zabójczo nieatrakcyjna) to mieliśmy trochę miejsca do zagospodarowania.
Gdy po licznych przygodach dotarliśmy na wyspę i na naszą plażę, wrażenie miałam dosyć mieszane. Okazało się, że cały nasz pobyt w tym miejscu można by tak właśnie opisać. Może zacznę od plaży. Mieszkaliśmy przy plaży Gapang, która była na tyle mała by zmieścić 4 restaurację i ze 4 miejsca gdzie można spać. Restauracje serwowały podobnie uniwersalne i bezsmakowe dania, w których trudno znaleźć było coś smacznego lokalnego. Najlepsze były burgery (z wołowiną oczywiście!). Wszystko było strasznie drogie, bo to wyspa, no i oczywiście piwa nie było, bo szariat. Co do opcji spania to najlepszą z nich było nasze centrum nurkowe Lumba Lumba, (Delfin). Wybraliśmy opcję budżetową, czyli maleńkie pokoje bez łazienek, choć z werandą. Samo centrum było pomyślane dosyć nieźle, choć zarządzane słabo – wyraźny brak szefa wiązał się z dosyć dużą przypadkowością tego co się w nim działo – wyboru miejsca nurkowania, zaplanowania grup i przewodnika. Co ciekawe, kadry nurkowej było chyba więcej niż klientów. Zresztą połowa z nich robiła dopiero swoje kursy divemasterskie, co też nie sprzyjało jakości. Sprzęt niby był montowany i noszony przez kadrę, ale traktowany był tak „delikatnie”, że sami zaczęliśmy go nosić. Łódki były zdecydowanie przeładowane, a przewodnicy mocno różni. Dodatkowo okazało się, że „elastyczność” centrum jest mocno ograniczona. No bo niby można iść samemu na nocne nurki na lokalnej rafie, ale trzeba wrócić przed 8.00 (na Sumatrze robi się ciemno po 7.00). Można wybrać dowolne miejsce nurkowe i czas, ale trzeba mieć 4 chętne osoby i nawet wtedy wypada „coś” i się nie da. Jak kadra chce popłynąć gdzie indziej, albo nikomu się nie chce wstać na wcześniejszego nurka, to nie da rady. I tak w kółko. Współpraca była więc trudna.

 

 

A jak same nurki? Tutaj też mieszane uczucia. Oczekiwania były dosyć duże, zresztą podkręcane przez samo centrum. Na ich stronie można przeczytać sporo o mantach, rekinach i innych wielkich stworach. Na miejscu już tak optymistycznie nie było. Usłyszeliśmy powtarzaną przez wszystkich historię o jednym spotkaniu z młotami w ciągu sezonu. No i tak też było – przez 10 nurkowań zobaczyliśmy jednego małego rekina i zero mant. W jednym tylko opisie na stronie nie kłamali – na Pulau Weh żyje niesłychana wręcz ilość muren. I choć mureny zazwyczaj zupełnie nas nie podniecają, to tutaj było inaczej: w jednej dziurze można było zobaczyć nawet trzy różne gatunki. Sporo było też życia makro, które uwielbiamy. Szczególnie obfitowała w nie rafa domowa, na której spędziliśmy sporo czasu (ciągle się jednak spiesząc). Myślę, że docenilibyśmy ją bardziej, gdyby nie to, że właśnie wróciliśmy z Lembeh, które jednak bije na głowę każde miejsce w Indonezji (pod względem małych stworów). Jako, że skupiliśmy się na przebywaniu pod wodą, mało zobaczyliśmy wyspy, czego trochę żałujemy. Wracać mimo tego nie zamierzamy.

 

Wyspę pożegnaliśmy z lokalnego promu, zajadając wyjątkowo dobry nasi bunkus (ryż z różnościami zawinięty w papier), który pewnie dlatego był taki dobry, bo przeznaczony dla lokalnych pasażerów promu. Po raz kolejny udało nam się wzbudzić duże zainteresowanie pasażerów, objawiające się gapieniem i chichotami, choć chyba tym razem nikt nie robił zdjęć. To była taka cisza przed burzą, czyli przed Banda Aceh.

Przypadek lotu GA0607

Nasz luty wygląda tak, że głównie nurkujemy, z przerwami na zmianę miejsc. Latamy sobie po Azji Południowo wschodniej jak, nie przymierzając, kot z pęcherzem. Ponieważ latamy z naszym sprzętem, staramy się wybierać normalnych, a nie budżetowych, przewoźników, żeby nie zbankrutować na opłatach za nadbagaż. Sprytna ta strategia okazała się nie zawsze działać dobrze, a czasem wręcz fatalnie, jak przekonaliśmy się dzisiaj.

Mieliśmy zaplanowany przerzut z Lembeh na północno-wschodnim końcu Sulawesi na Pulau Weh na północnym końcu Sumatry. Żeby dostać się na Pulau Weh musieliśmy wylądować w Banda Aceh ok 1500, gdyż ostatni prom na wyspę odpływa o 1600. Znaleźliśmy sobie lot narodowymi liniami indonezyjskimi, Garuda Indonesia, który po pierwsze spełniał kryterium czasu lądowania, a po drugie był w rozsądnej cenie. Jedyny problem z nim polegał na tym, że musieliśmy być na lotnisku w Manado ok 0500 rano, ale, jak z większością rzeczy we Froggies, było to jak najbardziej do zrobienia. Zbiórka o 0300, krótki przejazd łódką, trochę dłuższy samochodem i jesteśmy na lotnisku. Check-in sprawnie, nikt nie narzeka na dwa duże plecaki i Wór, w końcu to Garuda (tak sobie pomyśleliśmy). Siedzimy sobie przed bramką i półdrzemiemy, wtem przychodzi pani z Garudy i mówi że jest opóźnienie, więc możemy pójść sobie do restauracji na śniadanie, na koszt przewoźnika. Super, niezła ta Garuda, w końcu mają nagrodę dla najlepszej klasy ekonomicznej świata za 2013 rok (tak sobie myślimy). Po śniadaniu wracamy pod bramkę. Za chwilę wraca też pani i informuje nas że jest problem techniczny i że trzeba iść do biura Garudy. W biurze okazuje się że lotu nie ma i nie będzie bo silnik jest rusak. Możemy albo polecieć po południu do Jakarty i potem rano do Banda Aceh, albo możemy lecieć z Lion Air (przewoźnik budżetowy) i być w Banda Aceh już wieczorem. Prosimy o czas na podjęcie decyzji, dostajemy godzinę. Dzwonimy do resortu na Pulau Weh i do pana który ma nas odebrać z lotniska, ustalamy że lepiej być jednak wieczorem niż rano. Po 20 minutach wracamy do biura, tam okazuje się opcja przelotu wieczornego jest już nieaktualna. Teraz już myślimy sobie o Garudzie co innego. Wywiązuje się dyskusja. Ostatecznie techniką „dobry pasażer, zły pasażer” (Magda jako ten zły) udaje nam się nakłonić panie do ponownego sprawdzenia. Dostajemy też zapewnienie że „Garuda wszystko załatwi” i wstęp do poczekalni dla VIPów. 20 minut później przybiega pani i mówi że jednak się da, tylko szybko, szybko bo lot za 10 minut, a jeszcze musicie zapłacić za nadbagaż. Jaki nadbagaż? No te 20 kilo które wieziecie, 550 000 rupii (ok 50 dolarów). Tutaj zły (nawet bardzo) pasażer nie pomógł, płacimy, wsiadamy, lecimy do Jakarty z nadzieją, że w stolicy pójdzie nam lepiej.

Niestety nie idzie. Lion Air kasuje tym razem 630 000 IDR (teraz to już połowa ceny biletu). Idziemy znowu do biura Garudy. Po pół godzinie rozmowy (zły pasażer, dobry pasażer) robimy wyłom w murze. Zwrócą nam za 5 kg nadbagażu (razem jakieś 200 000 rupii). Zły pasażer się nie poddaje, chwyta za kartkę i długopis i rysuje. Pomaga. Ostatecznie Garuda zwraca nam razem 600 000 rupii. Bierzemy, bo mieć 600 tysięcy i nie mieć 600 tysięcy to już milion dwieście, ale niesmak pozostaje…

Lembeszek

Nurkowania, które zrobiliśmy w Lembeh w sierpniu pozostawiły pewien niedosyt, a atmosfera i standard Froggies (resort nurkowy w Lembeh, reklamujący „najleniwsze nurkowania”) zdecydowanie nie zniechęcił nas do powrotu. Tak więc wróciliśmy i było tak samo fajnie. Przedpołudnia spędzaliśmy na nurkowaniu, popołudnia na drzemkach, oglądaniu zdjęć i identyfikowaniu zwierzaków na nich występujących. Książka „Identyfikacja kreatur rafowych tropikalnego Pacyfiku” (tłumaczenie tytułu moje), w którą zaopatrzyliśmy się w okresie świątecznym dużo pomogła w ustalaniu kto jest kto. Odhaczyliśmy parę dodatkowych stworzeń z listy „do zobaczenia”: ośmiornicę Wunderpus photogenicus (to jest autentyczna nazwa łacińska!), ślimaki z gatunku Phyllodesmium i krewetki Emperor i Coleman shrimp. Udało nam się również zobaczyć zalecające się do siebie mandaryny wspaniałe w trakcie najmniej chyba mobilnego nurkowania, które kiedykolwiek zrobiliśmy (zanurz się na 5 metrów-klęknij na dnie-oglądaj rybki przez 1,5 godziny-wynurz się). Widzieliśmy też parę zwierzaków, których na liście nie było. Ogólnie super, z chęcią byśmy wrócili po więcej:)