Doświadczenie Raja Ampat

Pobyt w Raja Ampat trudno ocenić w podziale na kategorie w rodzaju spanie/nurkowanie/ jedzenie/wycieczki. Wszystkie elementy tego miejsca przenikają się i tworzą jedno wrażanie, jedno doświadczenie. Trudno je nazwać i opisać bo istnieje raczej w sferze emocji. Jest to przede wszystkim głęboki spokój, wynikający z jednej strony z położenia na końcu świata, z drugiej strony z pewnego luzu i indonezyjskiego jam karet, które przenika to miejsce. Piękno natury, która otacza człowieka zarówno pod jak i nad wodą sprawia, że czas poświęca się na kontemplację – albo niekończącej się rafy koralowej, albo nieba i morza w różnych momentach dnia. Dzień sterowany  wschodami i zachodami słońca wpływa doskonale na równowagę pomiędzy snem a aktywnościami dziennymi, co po paru dniach przyjemnie rozluźnia. Wszystko to sprawia, że na Raja Ampat zapomina się o pracy, obowiązkach i tym wszystkim, co na co dzień nie daje nam spać i zaczyna się istnieć poza czasem, tylko tu i teraz.

Witamy w Manado

Z Bali na Papuę przemieszczaliśmy się przez Manado. Początkowo planowaliśmy przenocować na lotnisku (lądowaliśmy późnym wieczorem, lot do Sorong startował o 0600 rano). Całe szczęście na dzień przed lotem uznaliśmy, że wygodniej będzie jednak przespać kilka godzin w hotelu niż na ławkach. Odgrzebaliśmy nazwę hotelu z poprzednich pobytów w Manado (Celebes) i zarezerwowaliśmy pokój Grand Deluxe. Po małym zamieszaniu z bagażem (miał niby lecieć prosto do Sorongu, ale pokazał się na taśmie), taksówkami i uliczną imprezą angkotów (angkutan kota, lokalnych mikrobuso-taksówek), która spowodowała całkiem spory korek dotarliśmy do hotelu, gdzie czekał na nas pokój z widokiem na port.

Od współnurków dowiedzieliśmy się potem, że lotnisko w Manado na noc zamyka się, a czekający są wypraszani na zieloną trawkę za ogrodzenie.

Balijskie rusaki

Nocny rajd z lotniska do Tulambenu udało mi się w większości przespać, za to Magda czuwała bo kierowca nie oszczędzał samochodu. Nie oszczędzał też klimatyzacji, rozkręconej lokalnym zwyczajem na pełną moc. I to mimo tego że my zamarzaliśmy, a on koszmarnie pociągał nosem.

Pierwszy rusak (awaria) objawił się już nazajutrz, kiedy skręcaliśmy sprzęt przed pierwszym nurkowaniem. Okucie węża wysokiego ciśnienia w moim automacie przeciekało. Wąż był do wymiany. Tylko skąd wziąć nowy? Tulamben to wprawdzie prawie wyłącznie centra nurkowe, ale w miarę dobrze zaopatrzony sklep ze sprzętem jest tylko jeden. Już za drugim podejściem udało się kupić nowy wąż.

Drugi rusak objawił się, jakże by inaczej, na nurkowaniu nr. 2. Znowu w automacie, ale tym razem Magdy – podawał wodę. Inspekcja wizualna wykazała, że membrany zaworów wydechowych przypominają dobrze wysmażone czipsy krewetkowe. Pan, który serwisował automaty dwa tygodnie temu w Warszawie, nie popisał się. Znowu runda po okolicznych sklepach, tym razem sprawa wyglądała na przegraną. Dopiero w niemieckim resorcie pan serwisant powiedział, że on wprawdzie to nie, ale koło restauracji Sandya mieszka little man Erik i może on da radę. Erik, niemiecki karzeł z Aachen, jak już udało się go znaleźć, rzeczywiście dał radę i za niewygórowaną kwotę 150k rupii membrany wymienił.

Pomijając awarie, 5 dni w Tulamben funkcjonowaliśmy w trybie dive-eat-sleep-repeat. Nurkowaliśmy na wraku USAT Liberty, w Zatoce Tulamben, odwiedziliśmy też miejsce o nazwie Melasti obfitujące w ślimaki nagoskrzelne i inne makrozwierzaki.

CGK

W Dżakarcie Strutsów nie było (hermetyczny żarcik), było za to standardowe przepytywanie w sklepie: Where are you from? Poland. Holland? No, Poland. Ah, Poland. Lewandowski?

Czekaliśmy już na lot do Denpasar kiedy pan z obsługi ogłosił coś szybko po indonezyjsku przez głośniki i zaczął rozdawać przekąski. Przez chwilę myśleliśmy, że to zamówione do samolotu jedzenie. Potem jednak stwierdziliśmy, że przecież na pewno nie wszyscy dopłacili za posiłek, a AirAsia nie rozdawałaby raczej nic wszystkim pasażerom za darmo więc pewnie lot jest opóźniony. No i był, ale tylko trochę.

LRM_EXPORT_20170310_095638