Witamy w Manado

Z Bali na Papuę przemieszczaliśmy się przez Manado. Początkowo planowaliśmy przenocować na lotnisku (lądowaliśmy późnym wieczorem, lot do Sorong startował o 0600 rano). Całe szczęście na dzień przed lotem uznaliśmy, że wygodniej będzie jednak przespać kilka godzin w hotelu niż na ławkach. Odgrzebaliśmy nazwę hotelu z poprzednich pobytów w Manado (Celebes) i zarezerwowaliśmy pokój Grand Deluxe. Po małym zamieszaniu z bagażem (miał niby lecieć prosto do Sorongu, ale pokazał się na taśmie), taksówkami i uliczną imprezą angkotów (angkutan kota, lokalnych mikrobuso-taksówek), która spowodowała całkiem spory korek dotarliśmy do hotelu, gdzie czekał na nas pokój z widokiem na port.

Od współnurków dowiedzieliśmy się potem, że lotnisko w Manado na noc zamyka się, a czekający są wypraszani na zieloną trawkę za ogrodzenie.

Balijskie rusaki

Nocny rajd z lotniska do Tulambenu udało mi się w większości przespać, za to Magda czuwała bo kierowca nie oszczędzał samochodu. Nie oszczędzał też klimatyzacji, rozkręconej lokalnym zwyczajem na pełną moc. I to mimo tego że my zamarzaliśmy, a on koszmarnie pociągał nosem.

Pierwszy rusak (awaria) objawił się już nazajutrz, kiedy skręcaliśmy sprzęt przed pierwszym nurkowaniem. Okucie węża wysokiego ciśnienia w moim automacie przeciekało. Wąż był do wymiany. Tylko skąd wziąć nowy? Tulamben to wprawdzie prawie wyłącznie centra nurkowe, ale w miarę dobrze zaopatrzony sklep ze sprzętem jest tylko jeden. Już za drugim podejściem udało się kupić nowy wąż.

Drugi rusak objawił się, jakże by inaczej, na nurkowaniu nr. 2. Znowu w automacie, ale tym razem Magdy – podawał wodę. Inspekcja wizualna wykazała, że membrany zaworów wydechowych przypominają dobrze wysmażone czipsy krewetkowe. Pan, który serwisował automaty dwa tygodnie temu w Warszawie, nie popisał się. Znowu runda po okolicznych sklepach, tym razem sprawa wyglądała na przegraną. Dopiero w niemieckim resorcie pan serwisant powiedział, że on wprawdzie to nie, ale koło restauracji Sandya mieszka little man Erik i może on da radę. Erik, niemiecki karzeł z Aachen, jak już udało się go znaleźć, rzeczywiście dał radę i za niewygórowaną kwotę 150k rupii membrany wymienił.

Pomijając awarie, 5 dni w Tulamben funkcjonowaliśmy w trybie dive-eat-sleep-repeat. Nurkowaliśmy na wraku USAT Liberty, w Zatoce Tulamben, odwiedziliśmy też miejsce o nazwie Melasti obfitujące w ślimaki nagoskrzelne i inne makrozwierzaki.

CGK

W Dżakarcie Strutsów nie było (hermetyczny żarcik), było za to standardowe przepytywanie w sklepie: Where are you from? Poland. Holland? No, Poland. Ah, Poland. Lewandowski?

Czekaliśmy już na lot do Denpasar kiedy pan z obsługi ogłosił coś szybko po indonezyjsku przez głośniki i zaczął rozdawać przekąski. Przez chwilę myśleliśmy, że to zamówione do samolotu jedzenie. Potem jednak stwierdziliśmy, że przecież na pewno nie wszyscy dopłacili za posiłek, a AirAsia nie rozdawałaby raczej nic wszystkim pasażerom za darmo więc pewnie lot jest opóźniony. No i był, ale tylko trochę.

LRM_EXPORT_20170310_095638

Interior

Ostatecznie przejechaliśmy w 5 dni 1530 kilometrów, po prawie pustych drogach na południe od Alice Springs. Do tego zrobiliśmy też małe kilkadziesiąt kilometrów na piechotę, nie znaleźliśmy żadnych węży, wymarźliśmy na potęgę w nocy, a w dzień byliśmy przypiekani przez słońce (co u niektórych skończyło się dziwną opalenizną).

Outback okazał się bardzo różnorodny – łąka z pasącymi się krowami po dwóch kilometrach zmieniała się w porośnięte krzakami pagórki (oczywiście czerwone), które następnie przechodziły w rzadki las, który stawał się po jakimś czasie lasem martwych drzew by znowu zamienić się w jedno z poprzednich.

A kamper sprawował się całkiem nieźle:) Mimo że trochę głośny, to było w nim miejsce na wszystko – nawet po tym jak nasze rzeczy zwiększyły swoją objętość po rozpakowaniu znalazło się jeszcze trochę miejsca żeby upchnąć drewno na ognisko. Dawało się też wyprzedzać bardziej ostrożnych uczestników ruchu bo, jak nam poźniej powiedział mechanik, silnik od Toyoty Hilux montowany w tym modelu miał spory zapas mocy.

Piwo

Erldunda Roadhouse, zjazd ze Stuart Highway na Lasseter Highway. Zatrzymaliśmy się żeby zatankować i kupić napoje orzeźwiające na trasę po Czerwonym Centrum.
- Poproszę sześciopak VB.
- A dla kogo jest to piwo?
- Dla mnie?
I od razu, myśląc że 6 małych puszek piwa to może jakaś przesadna ilość na osobę, dodaję:
- I dla żony.
- Jesteś pewien?
- Noooo.
- A na pewno nie dla lokalsów na zewnątrz?
- Nie, dla mnie.
- Wiesz, bo sprzedawanie alkoholu Aborygenom tutaj jest nielegalne.
- To piwo jest dla mnie.
- Aha, no dobrze, ale wiesz, musiałem zapytać, bo to jest nielegalne.

Yongala

O wraku SS Yongala dowiedzieliśmy się z, a jakże, z filmów przyrodniczych BBC. Leżący na głębokości ok 30 metrów wrak parowca z początku XX wieku, z racji tego że jest jedynym wyróżniającym się punktem na piaszczystym dnie miał działać na ryby jak magnes.

Wypłynięcie zarezerwowaliśmy jeszcze z Warszawy, na miejscu mieliśmy tylko potwierdzić czy na pewno jesteśmy i czy łódź wypływa. Z tym potwierdzaniem nie poszło nam za dobrze bo karta SIM, którą kupiliśmy na szybko na lotnisku umiała tylko robić internet. Prognoza pogody na dzień wypłynięcia nie była najlepsza więc w tak naprawdę do końca nie byliśmy pewni czy nurkujemy. Jak się okazało w kolejnych dniach, było to ostatnie wypłynięcie na jakiś czas, właśnie z powodu niesprzyjającej pogody.

W każdym razie nazajutrz po dotarciu na Magnetic Island dojechaliśmy do portu autobusem miejskim i zaczęliśmy czekać na łódź. Czekając poznaliśmy współnurków – Anglika wybierającego się na nurkowanie z córką. Pan był bardzo sympatyczny, już po chwili częstował nas tabletkami na chorobę morską.

Łódź którą płynęliśmy okazała się niezbyt duża – miejsca w sam raz na nurków i sprzęt, mała kabina na dziobie, dach na którym siedzi skipper i niewiele więcej. Nie było to bez znaczenia bo stan morza nie był tego dnia najlepszy – wiało, falowało i ogólnie rzucało. Po dotarciu na pozycję wchodziliśmy do wody jak najszybciej żeby zejść z łodzi która po zatrzymaniu kontynuowała „taniec na falach” ze zdwojoną, co najmniej, energią. W wodzie nie było dużo lepiej, falowanie było odczuwalne do zaskakująco dużej głębokości, pewnie z powodu braku jakichkolwiek przeszkód w okolicy.

Sam wrak okazał się mało spektakularny, trochę też przez to że wpływanie do środka było zabronione. Natomiast ryb było w okolicy rzeczywiście dużo i były wyjątkowo duże. Największe wrażenie zrobiły na nas itajary olbrzymie – ogromne strzępiele mierzące ponad 2 metry.

Z powodu fal i wielkości łodzi wyjście na nią po nurkowaniu było dużo bardziej skomplikowane niż zazwyczaj wymagało wsparcia od załogi, co pewnie też przyczyniło się do tego, że tabletka od pana Anglika starczyła w moim przypadku do wyjścia z wody po pierwszym nurku. Magda okazała się bardziej odporna.

Po drugim nurkowaniu ruszyliśmy z powrotem na Magnetic Island. Droga powrotna nie należała do najprzyjemniejszych i była też dłuższa niż się spodziewaliśmy bo kapitan musiał miejscami ostro manewrować pomiędzy falami.

Z powodu ilości i wielkości ryb wrak jest bardzo fajny, ale gdybym miał go jeszcze raz odwiedzić to chciałbym to zrobić przy spokojniejszym morzu:)